(Nie)zwykła historia cz 6.

Zadzwonił do mnie z Kołobrzegu kolega fotograf. Pytał, czy nie pomógłbym mu w wejściu z pocztówkami na rynek lubelski. Chodziło o zrobienie zdjęć Lublina, Kazimierza Dolnego, Nałęczowa, a później założenie punktów sprzedaży pocztówek. Odebrałem to jako Bożą odpowiedź na nasze modlitwy. W końcu coś się ruszyło. Miałem perspektywę pracy na kilka lat. Obawiałem się trochę tej dystrybucji, bo nie czuję się dobrze w tej branży, ale fotografowanie, to było to co lubię. 

Już w marcu zacząłem jeździć i robić zdjęcia. Miałem dużo zapału i energii. Jeździłem wiele razy do pracy, zrobiłem mnóstwo zdjęć i wysłałem do Piotra. On miał zrobić z nich pocztówki. Czekałem z niecierpliwością i w końcu po kilku miesiącach pocztówki były gotowe. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Zdawałem sobie sprawę, że oprócz zdjęć na produkt końcowy składa się jeszcze wiele czynników, takich jak obróbka komputerowa, druk, papier itp, ale miło było zobaczyć swoje fotografie w takiej ładnej formie i w tak ogromnej ilości. Wstawiłem do stodoły kilkadziesiąt tysięcy tych pocztówek. Trzeba było je jeszcze posegregować i popakować. 

Pozostała teraz sprawa dystrybucji. Miałem jeździć po miejscowościach i zakładać punkty sprzedaży. Oprócz wynagrodzenia za zdjęcia, dostałem prowizję od sprzedaży. Piękna sprawa. Miałem nadzieję na niezły zarobek. Piotr liczył na sprzedaż w pierwszym roku (chodzi o sezon , miesiące lipiec i sierpień) około 150 tys. egzemplarzy. Ilość wydawała mi się astronomiczna, ale mój kolega twierdził, że w Kołobrzegu jest to przeciętna sprzedaż. Zabrałem się więc do pracy. 

Był czerwiec, minął pierwszy rok od naszej przeprowadzki, przeżyliśmy pierwszą lubelską zimę, pełną trudnych doświadczeń i emocji. Teraz wszystko wydawało się iść ku lepszemu. Co prawda nasze życie całkiem się zmieniło, znowu byłem całymi dniami w pracy, dużo jeździłem samochodem i wracałem późno. Było to wyczerpujące. Nie o takie życie nam chodziło, ale tłumaczyliśmy sobie z Moniką, że to tylko latem a po sezonie będzie jak dawniej – cicho spokojnie, wiejsko. Pracowałem więc, z utęsknieniem czekając na to “po sezonie”. 

Minął lipiec, sierpień, wrzesień a ja nie mogłem przestać. Co prawda pocztówki już nie schodziły, ale pozostało jeszcze rozliczenie ze sprzedawcami, zwiezienie pocztówek, stojaków itd. Pojawił się też problem niezapłaconych faktur. Wiele punktów sprzedawało pocztówki, ale nie płaciło za nie. Piotr tłumaczył, że to normalna praktyka i że po sezonie wszystkie pieniądze spłyną. Jeździłem więc nadal i zbierałem te pieniądze. Były to coraz mniejsze kwoty i z czasem okazało się, że więcej wydaję na paliwo niż odbieram pieniędzy. W międzyczasie robiłem jeszcze zdjęcia na przyszły rok. Prace z pocztówkami zakończyłem około listopada. Po podliczeniu przychodów i kosztów okazało się, że zarobek miałem jedynie na zdjęciach. Ponieważ był to dopiero początek interesu, koszty z nim związane były relatywnie duże a sprzedaż nie była taka jakiej się spodziewaliśmy. Liczyliśmy na to, że większe zyski ze sprzedaży będą dopiero w przyszłym roku. Zakończyłem więc na razie  działalność.

Centralne ogrzewanie

Zbliżała się kolejna zima a my znowu nie mieliśmy perspektyw na jakieś zarobki. Znowu zajrzało nam w oczy widmo poprzedniej zimy. Jak to będzie? Czy znowu będziemy przechodzić przez to samo? Z niepokojem oczekiwaliśmy na to, co ma się wydarzyć. Jeszcze przed zimą nadeszły jakieś pieniądze za zdjęcia, więc nauczeni doświadczeniem szybko zrobiliśmy centralne ogrzewanie. W drewno zaopatrzyłem się już wcześniej, więc mieliśmy nadzieję, że tej zimy będzie nam przynajmniej ciepło. Nasze nowe C.O. działało bez zarzutu. Paliliśmy teraz w jednym piecu – w korytarzu, a ciepło było w całym domu. Nie mogliśmy się nacieszyć tym ciepłem i byliśmy zadowoleni, że udało nam się zrobić kolejną rzecz w domu. Byliśmy dumni z tego ogrzewania i pewni tego, że ta zima nie będzie taka straszna jak poprzednia. Nadal spłacaliśmy długi zaciągnięte w poprzednim roku i postanowiliśmy nie robić następnych. Zima nadeszła, temperatury zaczęły spadać. Znowu zrobiło się trochę smutno i biednie, ale nie było aż tak źle jak poprzednio. 

Pod koniec roku, moja mama zaprosiła nas na ferie zimowe do Kołobrzegu. Mieliśmy jechać w połowie stycznia na dwa tygodnie. Ucieszyliśmy się bardzo, że będziemy mogli oderwać się na chwilę od naszych problemów i spędzić trochę czasu z rodziną. Mieliśmy już teraz większy samochód, więc zmieściliśmy się wszyscy i zapakować się było łatwiej. Zostawiliśmy dom pod opieką sąsiadki (miała palić w piecu w największe mrozy) i pojechaliśmy. 

Mieliśmy teraz nowe auto. Ooo! Tym samochodem jechało się dużo wygodniej. Nie był nowy, miał 15 lat ale komfort jazdy był dużo większy od trabanta (!). Była to Mazda 626, kombi. Nigdy nie miałem lepszego samochodu. Kupiłem go  od Piotra, z którym współpracowałem latem. Ponieważ umówiliśmy się z Piotrem na spłatę auta po sprzedaży pocztówek, mogłem sobie na niego pozwolić. Jechaliśmy więc sobie wygodnie, szybko i wcześnie byliśmy w Kołobrzegu. 

I znowu, odwiedziny, odwiedziny, odwiedziny. W ciągu dwóch tygodni odwiedziliśmy większość znajomych i wszystkie ciotki, wujków itd. Był to fajny czas. Przebywaliśmy też dużo z rodzicami i chodziliśmy na spacery. Pod koniec stycznia mrozy, szczególnie na Lubelszczyźnie zaczęły się potęgować, ale nie martwiliśmy się tym. Mieliśmy sąsiadkę, która miała nam palić w piecu. Korzystaliśmy więc z ostatnich chwil w Kołobrzegu. 

Nadszedł jednak czas powrotu do Chruślanek. Wyjechaliśmy pod koniec stycznia. Droga była sucha, świeciło słońce. Jechaliśmy dosyć szybko i już po dziewięciu godzinach zbliżaliśmy się do domu. Nie mogliśmy się doczekać gorącej kąpieli i odpoczynku w nagrzanym domu (sąsiadka miała napalić tuż przed naszym powrotem). Wreszcie są. Nasze Chruślanki. Podjeżdżamy pod dom, a tu niespodzianka. Sąsiadka nie dość, że napaliła w piecu, to jeszcze odśnieżyła  podwórko. Wchodzimy do domu… a tu następna niespodzianka. W korytarzu pełno wody, przed piecem rozsypane węgle i popiół. Nie wiemy co się dzieje. Sąsiadka ze szmatą próbuje zebrać tę wodę z podłogi i wyjaśnia nam, że coś się stało z piecem. Podchodzimy bliżej i nagle okazuje się, że piec jest rozerwany.

– Co się stało? – pytamy.

– Rozpaliłam w piecu, poszłam odśnieżyć podwórko i po jakimś czasie usłyszałam w domu straszliwy huk. Wbiegłam do domu i zobaczyłam co się stało – była przerażona.

Przelecieliśmy się po pokojach, żeby obejrzeć grzejniki. Okazało się, że z każdego zwisa sopel lodu. Zagadka się wyjaśniła. Podczas silnych mrozów instalacja C.O. zamarzła. Sąsiadka napaliła w piecu, woda nie miała gdzie krążyć, ciśnienie wzrosło i buch! No tak. Teraz nam akurat tego było potrzeba. Liczyliśmy na odpoczynek w ciepłym domu a tu chyba nic z tego. W mieszkaniu było tylko 2 stopnie powyżej zera. Warunki zdecydowanie nie nadawały się do nocowania, szczególnie z rocznym dzieckiem. Pojechaliśmy do Kraśnika przenocować w hotelu. 

Rano wróciliśmy do Chruślanek i zaczęliśmy dokładnie oglądać zniszczenia. Piec rozerwany na spawie, popalona wykładzina w korytarzu, opryskane brudną wodą z pieca ściany i sufity w korytarzu i kuchni. Ciśnienie w piecu było tak duże, że wyrwało drzwiczki z komina, które przebiły ściankę w łazience. Dziękowaliśmy Bogu, że podczas wybuchu nie było nikogo w domu. Mogło się to skończyć dużo gorzej… Poszliśmy oglądać grzejniki. Na każdym były sople lodu, śrubunki oblodzone. Oczami wyobraźni już widzieliśmy wymianę całej instalacji C.O. i to nowej instalacji. Przecież założyliśmy ja trzy miesiące temu. Boże dlaczego!? Dlaczego znów nas tak boleśnie doświadczasz. Nie dość, że nie mamy środków do życia to jeszcze znowu to zimno. Na dworze temperatura spadła do minus 24 stopni, a my w perspektywie mamy palenie w trzech piecach. Teraz w dwóch, bo jeden zniszczony. Ale cóż było robić. Napaliliśmy w tych dwóch pozostałych i próbowaliśmy rozgrzać mieszkanie. 

Po kilku dniach zacząłem myśleć o naprawie instalacji. Grzejniki co prawda ciekły, ale ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu nie były popękane. Wymontowałem piec i zawiozłem do spawacza. Naprawa trwała 10 minut i kosztowała 15 zł. Nie wiedziałem jeszcze czy się cieszyć czy nie, ale wróciłem do domu, wstawiłem piec, obmurowałem (piec to tzw. wężownica – stalowy kociołek wstawiony do kuchni węglowej) i zacząłem napuszczać wodę. Ponieważ jeszcze część instalacji była zamarznięta nie wiedziałem, czy będzie to działać, ale rozpaliłem w piecu i bardzo ostrożnie zacząłem grzać. Co prawda woda jeszcze nie krążyła, ale rurki od pieca zaczęły się powoli rozgrzewać. Paliliśmy tak z Moniką na zmianę, prawie całą noc, wpatrując się w termometr na piecu i sprawdzając, jak daleko dochodzi ciepło. 

W końcu około 4 nad ranem instalacja odmarzła i woda zaczęła docierać do wszystkich grzejników. Pomyślałem, że teraz dopiero się zacznie. Grzejniki odmarzły i będzie się lało. Ale nie! Kapało w kilku miejscach, ale po dokręceniu śrubunków przestało. Nie mogłem w to uwierzyć! Przewidywałem, że piec do wymiany, grzejniki do wymiany, a tu okazało się, że wszystko działa tak jak przedtem. Jak to się stało, że żeliwne grzejniki, które są bardzo kruche nie popękały? Wisiały przecież na nich sople lodu, więc na pewno były zamarznięte. Rozmawiałem z kilkoma hydraulikami i wszyscy stwierdzili, że  to niemożliwe! Grzejniki żeliwne muszą popękać. Ale nasze nie popękały…

Zaczęliśmy w całym tym doświadczeniu dostrzegać działanie Boże. Bóg sprawił, ze  podczas wybuchu pieca nie było nikogo w domu. Bóg sprawił, że grzejniki, które powinny popękać nie popękały. I w końcu Bóg sprawił, że piec chociaż był uszkodzony, to jednak w takim miejscu, że łatwo to było naprawić. Doświadczenie, które na początku wydawało się ponad nasze siły, okazało się nie takie straszne. Koszt całej naprawy instalacji zamknął się w kwocie 15 zł! (oraz trochę naszej pracy i sprzątania). Bóg nie daje doświadczeń, większych niż jesteśmy w stanie znieść. Zaczęliśmy to rozumieć. Nasz Pan chciał nas nauczyć zaufania do Niego. 

Centralne znowu działało (był początek lutego) a my siedzieliśmy w domu i podrzucaliśmy do pieca. Drewna mieliśmy dosyć. Zaczęliśmy dostrzegać uroki zimy. Jeżeli jest się na nią przygotowanym, to nie jest to taki zły czas. Jeździliśmy na kuligi (takie prawdziwe z koniem i dużymi saniami), lepiliśmy bałwany, rzucaliśmy się śnieżkami. Tej zimy śniegu było wyjątkowo dużo. Prawdę mówiąc nigdy w życiu nie widzieliśmy takiej ilości śniegu. Mieszkając w Kołobrzegu nasze pojęcie zimy ograniczało się do temperatury około minus 5 stopni, błota pośniegowego i silnych północnych wiatrów. Tutaj temperatury spadały do minus 20 stopni i śniegu było po pas. Co ciekawe nie odczuwało się tak zimna jak na Pomorzu. Powodem była mniejsza wilgotność powietrza i brak silnych wiatrów. W Kołobrzegu, to właśnie duża wilgotność powoduje, że nawet przy minus 5 stopniach jest bardzo zimno. Tutaj przy mrozach znacznie przekraczających 20 stopni można wyjść  na dwór w sweterku i normalnie funkcjonować. Podobało nam się to. I zaczęliśmy z tego korzystać. Było kupę zabawy ze śniegiem. Zrobiliśmy z Jeremiaszem bałwana o wysokości 5 m… 

Pod koniec lutego (21) Filip skończył pierwszy rok swojego życia. Aż trudno uwierzyć, że to już rok jest z nami. Był naszą radością i z uwagą śledziliśmy jego rozwój. Minął luty, pod koniec marca zima odpuściła. Ostatni śnieg rozpuścił się 25 marca. Kolejna zima za nami. Zaczęło pachnieć wiosną a my nie mogliśmy się doczekać prac w ogrodzie i ciepła. 

Pod koniec kwietnia przyjechali do nas rodzice z wujkiem Zbyszkiem. Wujek był już u nas we wrześniu 2003 roku (zrobił nam wtedy całą instalację elektryczną w domu) i tak mu się spodobało w Chruślankach, że jak się dowiedział o wizycie rodziców, nie mógł się oprzeć i nie przyjechać z nimi. W ogóle rodzicom też zaczęło się podobać w Chruślankach. Na początku, tuż po naszej przeprowadzce byli przerażeni, gdy zobaczyli warunki w jakich będziemy mieszkać. Teraz, gdy wszystko było urządzone, spodobało im się u nas. Zapragnęli także wyprowadzić się z Kołobrzegu. 

Rodzice wyjechali i wszystko zaczęło się toczyć starym trybem. Rozpoczęły się prace w ogrodzie, zacząłem jeździć z pocztówkami. W tym roku było dużo łatwiej, bo punkty sprzedaży były już pozakładane. Pozostawało tylko dowożenie pocztówek. Robiłem też bardzo dużo zdjęć z nadzieją że uda mi się je później sprzedać. 

Szwecja

Współpraca z Piotrkiem zakończyła się niepowodzeniem. Po podliczeniu sezonu, okazało się, że moje koszty związane z tą działalnością  prawie dorównywały dochodom. W rezultacie pomimo dużych nakładów pracy zarobiłem niewiele. Umowa z Piotrem jaką zawarliśmy, była niekorzystna dla mnie, ale niestety wyszło to dopiero w trakcie realizacji. Pomimo tego, Piotr nie chciał jej zmienić. Tak więc rozstaliśmy się i znowu zostałem bez pracy.

Po jakimś czasie znalazłem ogłoszenie o pracy w Szwecji. Miał to być zbiór borówek i grzybów. Postanowiłem skorzystać z szansy i pojechać. Mój młodszy brat Paweł i jego narzeczona Estera także wyrazili chęć wyjazdu. Dołączyła jeszcze do nas siostra naszej sąsiadki Uli. Mieliśmy pojechać moim samochodem do Gdańska, stamtąd promem do Nynashamn i dalej w głąb Szwecji do pracy. Firma, która organizowała ten wyjazd mieściła się w Gdańsku. Zapewniali informacje o miejscach występowania borówek i grzybów, oraz punktach skupu. Wnieśliśmy opłatę za pośrednictwo, opłaciliśmy prom, zatankowałem Mazdę po brzegi i pojechaliśmy. W Gdańsku w siedzibie firmy powiedziano nam, żebyśmy jechali do Szwecji a oni będą nam wysyłali informacje sms-em. Wjechaliśmy więc na prom i popłynęliśmy. Fajna to była podróż. Wszyscy pierwszy raz płynęliśmy promem i pierwszy raz byliśmy w Szwecji.  Co prawda przez cała drogę nie było nic widać (prom płynął w nocy), ale za to rano mogliśmy podziwiać widoki nieznane nam do tej pory. Było dużo małych wysepek, skaliste wybrzeża. 

W końcu dopłynęliśmy do Nynashamn, zjechaliśmy z promu i postanowiliśmy zadzwonić do firmy po informacje. Niestety nikt nie podnosił słuchawki. Zaczęliśmy się trochę niepokoić. Słyszeliśmy już o firmach, które naciągają ludzi i później zostawiają ich samych, ale przecież w naszym przypadku tak nie będzie. Może to jakieś chwilowe kłopoty z telefonami. Postanowiliśmy jechać w głąb Szwecji i na własną rękę szukać grzybów. Na razie nie było co się martwić. Jedzenia mieliśmy bardzo dużo, samochód był zatankowany, mieliśmy pieniądze na noclegi. Nie  było źle. Jechaliśmy więc na północ, po drodze wchodząc do lasów i sprawdzając czy są grzyby. Ku naszej radości było ich sporo. Nasze nadzieje na zarobek odżyły. Niestety nie mogliśmy znaleźć skupów. Jechaliśmy więc dalej. Nasz niepokój wzmógł się, gdy próbowaliśmy ponownie dodzwonić się do firmy. Znowu bezskutecznie. Wiedzieliśmy już, że zostaliśmy wystawieni do wiatru i jesteśmy zdani tylko na siebie. Zatrzymaliśmy się na pierwszy nocleg w miejscowości Aborga. Był to camping ładnie położony, a co najważniejsze niedrogi. Zjedliśmy kolację i zmęczeni podróżą szybko zasnęliśmy. 

Rano zabraliśmy się za poszukiwanie skupów. Niestety nie było żadnych w pobliżu. Spędziliśmy tam cały dzień i nic. Postanowiliśmy na drugi dzień jechać dalej. Skupów nie było a i grzyby się skończyły. Jeździliśmy tak przez cały tydzień nocując codziennie w innym miejscu, po drodze rozglądaliśmy się za borówkami, grzybami i skupami. Niestety nie było. Wiedzieliśmy już, że nasz wyjazd zakończy się niepowodzeniem. Nie dość, że firma nas naciągnęła, to jeszcze straciliśmy pieniądze na prom, jedzenie i noclegi. Niemałym kosztem było tez paliwo do Mazdy. Co prawda miałem instalację gazową, ale w Szwecji stacje z gazem są bardzo nieliczne. Nierzadko musieliśmy jechać 100 km, żeby zatankować. 

W sumie w Szwecji spędziliśmy 7 dni i przejechaliśmy 2000 km. Wreszcie podjęliśmy decyzję o powrocie. Było nam wszystkim przykro, ze straciliśmy pieniądze i wszystko na nic. Mój koszt wyjazdu wynosił 1500 zł. Odpuściliśmy sobie szukanie skupów i zaczęliśmy zwiedzać Szwecję. Żałowaliśmy tylko, że nie zrobiliśmy tego od razu, no, ale kto to wiedział. Zadzwoniliśmy na prom, aby zmienić datę powrotu i zaczęliśmy się kierować na południe. Dopiero teraz zauważyliśmy, że Szwecja jest bardzo ładna i czysta. Zauroczyły nas architektura (domki biało-brązowe) i bardzo duża powierzchnia lasów. Piękny kraj, szkoda, że nasza pierwsza wizyta w nim zakończyła się tak smutno. Wróciliśmy do Polski i rozjechaliśmy się do domów. Z Moniką wiedzieliśmy już, że czeka nas kolejna zima bez pracy. Dobrze chociaż, że byliśmy przygotowani na ten czas. Mieliśmy zapasy i drewno. 

Ciąg dalszy nastąpi…

0 0 głos
Ocena wpisu
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze