(Nie)zwykła historia cz 6.

Pod koniec lutego (28) nasze najstarsze dziecko – Ewa skończyła 18 lat! A więc stało się – zaczęliśmy mieć dorosłe dzieci. Cieszyliśmy się bardzo, że Ewa pomimo swojego jednak młodego wieku jest bardzo odpowiedzialna, ambitna i ma dalekosiężne plany na przyszłość. Aktualnie chodziła do drugiej klasy LO w Lublinie, gdzie również mieszkała. Wypuszczenie dziecka z domu do bursy w Lublinie nie obyło się bez pewnych obaw, ale okazało się, że Ewa poradziła sobie bardzo dobrze. Usamodzielniła się i miała bardzo dobre wyniki w nauce. Nam jako rodzicom sprawiało to przyjemność, ale nie obyło się bez pewnych smutków, że nasza córka stała się dorosła i jest już niezależna od nas. Dla rodziców jest to dość trudny moment. Mieliśmy jeszcze dwóch synów, więc teraz siłą rzeczy na nich skupiliśmy swoją uwagę.  W kwietniu z Jeremiaszem wyjechaliśmy na męska wyprawę w Tatry. Pochodziliśmy trochę po górach, trochę po jaskiniach w Dolinie Kościeliskiej. Mieliśmy okazję spędzić trochę czasu tylko we dwóch, ojciec z synem. Jeremiasz w tym roku, (3 maja) kończył 16 lat. Dzieci nam jakoś tak urosły. Tylko Filip – nasz najmłodszy nabytek świadczył o tym, że jednak jesteśmy wciąż młodzi…

Camp w Zatoniu

Ten rok rozpoczął się pod znakiem gości i naszych wyjazdów. Już w zeszłym roku postanowiliśmy sobie, że tego roku musimy w końcu pojechać na Camp. Od naszej przeprowadzki w 2003 roku nie byliśmy jeszcze na chrześcijańskim zjeździe namiotowym. Mieszkając w Kołobrzegu jeździliśmy do Zatonia, co roku. Teraz było to bardzo utrudnione ze względu na odległość i finanse. Tak więc postanowiliśmy i byliśmy nastawieni, że pojedziemy. Ten rok zapowiadał się jako aktywny pod względem ewangelizacji. W lutym był u nas „Kurs Zdrowego Gotowania”, w sierpniu planowaliśmy zrobić wraz z Władysławem Kosowskim akcję “Maranatha”. 

Było to spore przedsięwzięcie i wymagało dużo przygotowań. Już w marcu rozpoczęliśmy rozmowy z Opieką Społeczną w sprawie wytypowania beneficjentów do naszej pomocy. Pani kierownik ośrodka była bardzo zaskoczona naszą propozycją darmowego wyremontowania ludziom domów. Wytypowała pięć rodzin do tej akcji i miała zająć się zgromadzeniem materiałów budowlanych. My zapewnialiśmy siłę roboczą kilkunastu osób. Brat Kosowski zajął się zorganizowaniem ludzi chętnych do pomocy, Monika miała się opiekować sprawami żywienia, a ja załatwieniem noclegów, dojazdów i innych spraw technicznych. 

W czerwcu zorganizowaliśmy w Puławach seminarium “Biblia, finanse i Ty” prowadzone przez Dawn Grant-Skiba z Milanówka. Oprócz tego planowaliśmy jeszcze w tym roku „Seminarium Antystresowe”. Tak więc zapowiadało się pracowite lato. Pracowite nie tyle pod względem zarobków, tak jak w zeszłym roku, ale pod względem organizacji imprez misyjnych. 

Zaczęło się od Campu. Nie obyło się bez kłopotów, ale dzięki opiece Bożej mogliśmy uczestniczyć w tym zjeździe. Pobyt na Campie był dosyć pracowity. Monika prowadziła szkółkę dla dzieci, Ewa śpiewała w zespole, Jeremiasz pracował w ochronie a ja byłem w ekipie remontowej Władysława Kosowskiego. Tak więc camp był pracowity, ale mieliśmy dużo radości, że w ogóle możemy tam być (po 7 latach) i satysfakcji, że jesteśmy pożyteczni. 

Od kilkunastu lat znamy się z rodziną Fijałkowskich. Iwona i Zbyszek z synami mieli na nasze chrześcijańskie życie ogromny wpływ. Pomimo dużej odległości (oni mieszkają pod Goleniowem, my pod Lublinem) nasza przyjaźń rozwijała się. Nie widywaliśmy się często, ale zawsze te wizyty były bardzo intensywne. Otóż tu na Campie mieliśmy możliwość spędzenia z “Fijałkami” 10 dni! Była to dla nas wielka gratka. Było mnóstwo rozmów, zabaw i kupa śmiechu. Kochamy ich z Moniką bardzo serdecznie. Są dla nas wielką inspiracją. 

Maranatha

Wróciliśmy do Chruślanek i zaczęliśmy się intensywnie przygotowywać do akcji “Maranatha”. Przyjazd uczestników zaplanowaliśmy na 9 sierpnia, my wróciliśmy z campu 30 lipca, pozostało więc tylko kilka dni na dopięcie wszystkiego na ostatni guzik. Wzięliśmy się wiec ostro do roboty. Monika przygotowywała jadłospis i robiła listę zakupów a ja odwiedzałem domy, które mieliśmy remontować, przygotowywałem noclegi itd. 

Wreszcie nastał dzień przyjazdu uczestników. Pierwszego dnia – w niedzielę, przyjechało 9 osób w tym Władysław Kosowski. Pozostali mieli przyjechać w środę. Pierwszego dnia przygotowaliśmy plan działania, omówiliśmy szczegóły, a od poniedziałku mieliśmy się wziąć do pracy. Ponieważ do remontu wytypowano 5 domów, podzieliliśmy się na pięć grup. Teren naszego działania to powiat Opole Lubelskie. Do najdalszego domu mieliśmy z Chruślanek 34 km. 

Każdego dnia jeździliśmy, każdy w swojej grupie do wyznaczonych zadań. Beneficjenci tej akcji na początku bardzo nieufni, po kilku dniach, gdy zobaczyli efekty naszej pracy byli bardzo zaskoczeni i szczęśliwi. Pod koniec tygodnia wszystkie domy były wysprzątane i pomalowane. Ludzie i to zarówno uczestnicy jak i beneficjenci byli bardzo zadowoleni. Tym bardziej, że grupa “kuchenna” (w składzie Leny z Dęblina i mojej żony) karmiła nas nieźle. 

Myślę, że oprócz wykonanej pracy dla ludzi, którzy bardzo tego potrzebowali spędziliśmy bardzo miło czas. Oprócz pracy mieliśmy każdego dnia nabożeństwa poranne a wieczorem wykłady brata Kosowskiego. Był to bardzo dobrze spędzony czas. Pomaganie innym nie dość, że rozwija chrześcijański charakter, to przynosi wiele satysfakcji i radości. Program jednak się skończył, uczestnicy wyjechali a my pozostaliśmy z radością, że przyczyniliśmy się w jakiś sposób lokalnej społeczności. Z jednym z beneficjentów tej akcji zaprzyjaźniliśmy się i często go odwiedzamy. 

W listopadzie mieliśmy jeszcze w Chruślankach Seminarium Antystresowe prowadzone przez Alinę Ciupa z Puław. Przyszło kilka kobiet ze wsi. Na tym nasz kalendarz imprez się skończył. To był pracowity i aktywny rok. Co prawda nie pracowaliśmy zarobkowo, ale działaliśmy ewangelizacyjnie i społecznie. Mimo tego Bóg zaspokajał wszystkie nasze potrzeby. Mieliśmy jedzenie i byliśmy ubrani. To wystarczy. 

Atak

Minął kolejny rok Bożej opieki nad naszą rodziną. Rok bardzo ciekawy i pożyteczny. Zima tego roku obfitowała w ogromne ilości śniegu. Ciągle odśnieżałem, odśnieżałem, odśnieżałem. Były nawet takie sytuacje, że musiałem odgarniać z dachu śnieg, obawiając się zarwania go. Pokrywa śnieżna na dachu wynosiła około 30 cm. Jak na nasz stary dach to dosyć dużo… 

Oprócz problemów ze śniegiem mieliśmy jeszcze dodatkowe zmartwienie. Filipek nasz młodszy syn od kilku miesięcy miał paskudny kaszel. Próbowaliśmy go leczyć domowymi sposobami, nic nie pomagało. Modliliśmy się za niego, nic nie pomagało. W końcu zaczęliśmy jeździć z nim do lekarza, ale i to pomimo wykupionych leków też nie pomagało. W końcu w połowie stycznia Filipek dostał gorączkę 40,2 stopnia. Przestraszyliśmy się nie na żarty. Próbowaliśmy mu zbić temperaturę kompresami i środkami farmakologicznymi, ale to pomagało tylko na krótki czas. Po dwóch dobach ciągłego czuwania i sprawdzania temperatury, zdecydowaliśmy się ponownie jechać do lekarza. 

Wyjechaliśmy około godziny 16:00, robiło się już ciemno, mróz był niewiele poniżej 20 stopni, walił gęsty śnieg, a my jechaliśmy 10 km do najbliższego lekarza. Muszę przyznać, że podroż ta była rozpaczliwa. Śniegu było tyle na drodze, że pługi nie nadążały odśnieżać. Miejscami droga była tak zawalona śniegiem, że bałem się zatrzymać, aby nie utknąć na dobre. W końcu dzięki Bogu udało się nam jakoś dojechać. Pani doktor zbadawszy Filipa od razu wypisała skierowanie do szpitala. I znowu kolejne 10 km do Kraśnika. 

Filipa przyjęli do szpitala, Monika z nim została a ja wróciłem do domu. W szpitalu pomimo wielu badań, nie udało się ustalić przyczyny choroby. Filip co prawda nie miał już tak wysokiej gorączki, ale kaszel miał nadal. Stwierdzono u niego zapalenie płuc pomimo braku bakterii i wirusów w jego organizmie. Poleżał w szpitalu dwa tygodnie i wrócili z Moniką do domu. Kaszel nadal trwał a i wysoka gorączka po jakimś czasie znowu się pojawiła. Modliliśmy się nad Filipem bardzo intensywnie, prosiliśmy Boga o uzdrowienie i po jakimś czasie gorączka ustąpiła. Bóg wysłuchał nas a my nauczyliśmy się, żeby polegać na Bogu również w kwestii zdrowia. 

Służba

Pod koniec lutego zorganizowaliśmy w Chruślankach kolejną akcję. Tym razem miało to być rozdawanie odzieży najuboższym mieszkańcom. Odzież dostaliśmy z różnych źródeł. Większość pochodziła ze zboru w Lublinie, ale mieliśmy też dostawy od osób prywatnych. Postanowiliśmy wystawić to wszystko w Remizie Strażackiej, po uprzednim powiadomieniu mieszkańców. Zastanawialiśmy się jaki będzie odzew. Ciuchów było bardzo dużo i wiele pracy kosztowało nas posegregowanie ich i rozłożenie na stołach. Mieliśmy nadzieję, że nie będziemy musieli zabierać ich z powrotem. 

Czas rozpoczęcia akcji wyznaczyliśmy na godzinę 14:00, przygotowaliśmy wszystko w remizie i poszliśmy na obiad. Około godziny 13.30 pojechaliśmy z powrotem i okazało się, że pod drzwiami zastaliśmy tłum ludzi. Nie mogliśmy uwierzyć, że akcja ta spotka się z takim zainteresowaniem. Przybyło około 80 osób i w ciągu godziny rozebrali nam prawie cały towar. Miło nam było, że mogliśmy w jakiś sposób przysłużyć się lokalnej społeczności. 

Ponieważ mieliśmy jeszcze dostęp do używanej odzieży, postanowiliśmy akcję powtórzyć. Pod koniec marca zorganizowaliśmy “ciuchowisko” po raz drugi. Ludzi przyszło jeszcze więcej a my mieliśmy ogromną radość z pomagania innym. Sprawdziła się zasada “pomagając innym pomagamy jeszcze bardziej sobie”. Byliśmy szczęśliwi. 

Bóg tak zaplanował, że mamy obowiązek troszczyć się o ludzi wokół nas. Nie trzeba jeździć do dalekich krajów, żeby pomagać. Wystarczy rozejrzeć się wokół siebie. Często w najbliższej okolicy, wśród sąsiadów znajdują się ludzie, którym możemy pomóc. Bóg nie żąda od nas, abyśmy od razu rozdali zaraz swoje mienie, ale wymaga, abyśmy dzielili się tym co mamy. My mieliśmy dojście do używanej odzieży i nie ponosząc żadnych kosztów, po prostu przewieźliśmy ją od ludzi, którzy jej nie potrzebują do ludzi, dla których była ona bardzo potrzebna. Często naprawdę niewielkim kosztem (przeważnie tylko pracy) można uszczęśliwić wielu ludzi. Korzystajmy z tego co mamy a efekty przejdą nasze oczekiwania.

ChSCh

Skoro praca zarobkowa (zarówno praca fizyczna jak i fotografia) i tak nam nie wychodziła, postanowiliśmy żeby nie siedzieć bezczynnie, poświęcić nasz czas i energię na działalność charytatywną. Na jesień założyliśmy filię ChSCh w naszej miejscowości. Planowaliśmy wydawanie odzieży oraz współpracę z Bankiem Żywności. Od teraz nasza pomoc dla mieszkańców miała charakter bardziej zorganizowany. 

W październiku ponownie zorganizowaliśmy bezpłatne wydawanie odzieży dla najbiedniejszych mieszkańców. Tym razem miały to być inne wioski. Pierwsza z nich – Idalin, to najbliższa miejscowość od Chruślanek. Zainteresowanie nie było takie jak u nas i trochę nas to zbiło z tropu, ale za to w następnej wiosce – Sosnowa Wola zostaliśmy przyjęci z wielkim entuzjazmem i oczekiwaniem. Bardzo dużym zaangażowaniem wykazała się pani sołtys tej wsi. 

Oprócz akcji charytatywnych, tej jesieni mieliśmy jeszcze inne atrakcje. Przez cały październik i listopad Monika jeździła do Lublina na Kurs Fryzjerski. Wysłano ją tam z naszego Urzędu Pracy, gdzie oboje jesteśmy zarejestrowani. Monika od dawna pasjonowała się fryzjerstwem i czasami miała możliwość obciąć tu i tam jakąś głowę. Teraz, gdy jeździła na ten kurs mogła podnieść swoje kwalifikacje. Bardzo się cieszyła z tego kursu. Co prawda wiązało się to z pewnymi trudnościami, po pierwsze jeżdżąc codziennie do Lublina musiała wydać na bilety około 25 zł dziennie (wprawdzie PUP zwracał za bilety, ale dopiero po miesiącu). Po drugie przez te dwa miesiące musiałem sam poradzić sobie z prowadzeniem domu i opieką nad Filipem. Na początku trochę się nie wyrabiałem, ale po niedługim czasie wpadłem w nowy rytm i jakoś to było. Monika wyjeżdżała z domu około 6 a wracała po 17. Jakoś przeżyliśmy. Ważne że skończyła ten kurs, zdała z wynikiem bdb. Oprócz kwalifikacji poznała na kursie kilka fajnych koleżanek. 

Jeszcze w listopadzie odwiedziliśmy Zdunków. Miło było znowu się z nimi spotkać. Jak zwykle było dużo poważnych rozmów, ale i kupa śmiechu. Fajnie mieć przyjaciół, którzy mają problemy podobne do naszych i jest o czym rozmawiać. Pod koniec listopada – niespodzianka. Spadł śnieg i temperatura zaczęła gwałtownie spadać. W listopadzie 19 stopni mrozu i 30 cm śniegu to trochę przesada. Zapowiadała się niezła zima. Kolejna zima w Chruślankach…

Podsumowanie

Minęło 13 lat od momentu naszej ucieczki z miasta, a 8 od zamieszkania w Chruślankach. Był to bardzo burzliwy i pełen doświadczeń czas. Po tych wszystkich latach muszę obiektywnie stwierdzić, że Bóg nie nauczyłby nas tego wszystkiego, gdybyśmy nadal mieszkali w mieście. Nie twierdzę, że żyjąc w mieście nie można być dobrym chrześcijaninem, albo że wszyscy wierzący powinni teraz wyjechać na wieś. Po tych wszystkich latach zrozumiałem, że Bogu łatwiej jest się z człowiekiem porozumieć  na wsi. W mieście jest zbyt dużo przeszkadzaczy. Pęd życia, wypełnienie całego czasu pracą lub rozrywkami powoduje, że nie ma chwil na zastanowienie się nad własnym życiem i nad swoją zależnością od Boga. W mieście wszystko krzyczy “musisz to mieć”, a więc kupujesz a potem poświęcasz cały czas aby to spłacić. Krzyczy “dasz sobie radę, musisz tylko bardziej się postarać”, ale jak tu się starać, kiedy nic nie wychodzi a każdy nasz ruch powoduje tylko ból i rozpacz?  Krzyczy “ty jesteś najważniejszy, musisz zrobić coś dla siebie”. Ale czy już i tak nie jesteś wystarczająco samolubny i egoistyczny? Czy żyjemy na tym świecie, aby zaspokajać swoje pożądliwości obojętnie co się pod nim kryje? W takim otoczeniu bardzo trudno ukształtować prawy chrześcijański charakter. Zbyt dużo rzeczy nam przeszkadza. 

W książce Jima Hohnbergera “Ucieczka do Boga” autor przytacza takie porównanie: Jadąc samochodem włączamy radio i gdy chcemy coś usłyszeć, to jest jedna rzecz, którą musimy zrobić oprócz włączenia radia. Musimy zamknąć szyby. Szum jaki powoduje pęd powietrza w czasie jazdy jest tak duży, że nic innego nie usłyszymy. Gdy chcemy porozmawiać, albo posłuchać radia musimy pozakręcać te szyby. W życiu jest podobnie. Przychodzimy do Boga, chcemy go usłyszeć, ale jest tak dużo hałasu, że nie jesteśmy w stanie tego zrobić. Mimo najszczerszych chęci będzie nam bardzo trudno Go usłyszeć. Nie bez powodu Bóg osadził Adama i Ewe w ogrodzie, wśród przyrody i ciszy. Takie warunki sprzyjają więzi z Bogiem i rozwijaniu charakteru. 

Zamieszkanie na wsi nie gwarantuje sukcesu w życiu chrześcijańskim, nie gwarantuje też że wasze dzieci na pewno pójdą waszym śladem. Grzech jest wszędzie i nawet gdybyś uciekł na bezludną wyspę on już tam jest – przybył wraz z tobą. Nie da się więc uciec od grzechu, czy egoizmu, ale możemy zminimalizować wpływ jaki ma na nas. Wyjechanie na wieś na pewno nam w tym pomoże i będziemy mieć z tego powodu bardzo dużo korzyści. Bo czy można wycenić takie rzeczy jak pokój w sercu, odpoczynek, świeże powietrze, pracę wzmacniającą siły, ciszę kojącą nerwy, uśmiech dziecka, radość z bycia w zgodzie ze sobą? Możemy dać sobie to wszystko. Decyzja należy do nas. 

Kilka rad dla tych, którzy myślą
o przeprowadzce na wieś

1.Wybór miejsca zamieszkania. Przy wyborze miejsca na twój nowy dom kieruj się nie tylko ładnym otoczeniem, wygodą czy funkcjonalnością domu. Jeżeli masz zamiar uprawiać ogródek i korzystać z jego darów przypatrz się ziemi jaka jest na twojej działce. Jeżeli jest to gleba piaszczysta to nie licz na zbyt duże plony (co prawda my właśnie taką glebę mamy ale kosztowało nas sporo wysiłku aby coś z niej „wycisnąć”). Generalnie na potrzeby pięcioosobowej rodziny wystarczy ok. 30 arów ziemi o klasie od I do IV. Mając taką działkę z powodzeniem będziesz mógł uprawiać warzywa, pomidory a także założyć mały sad. My mamy 60 arów piaszczystej gleby w klasie 6. Nie jest to rewelacja, o sadzie można zapomnieć ale warzywa jakoś sobie tam uprawiamy. Dobrze też mieć swój las ale to już luksus.

2. Nie kupuj domu na kredyt i postaraj się nie zaciągać żadnych długów. Kupując dom na kredyt zakładamy, że wszystko będzie tak jak do tej pory, tylko będziemy mieli lepszy komfort życia. Kredyty jednak zmuszają do dużego wysiłku. Naszym celem życia na wsi jest przybliżenie się do Boga i przygotowanie się do życia w niebie. Kiedy chcesz to robić, gdy cały czas poświęcasz na pracę, aby spłacić kredyty? Poza tym stres związany z utratą pracy powoduje, że radość z mieszkania na wsi gdzieś ulatuje. Bóg powiedział, “nie martwcie się o życie swoje, co będziecie jedli, w co się będziecie ubierali, ale szukajcie najpierw Królestwa Bożego a wszystko inne będzie wam dodane.” Jeżeli cały czas poświęcasz na zdobycie tego, co ma ci być dodane to nie będziesz miał Królestwa. Nie wpędzaj się w stan, w którym nie będziesz panem swojego czasu i życia. Kredyty to niewolnictwo i nie jest Bożym celem, abyśmy byli niewolnikami. My mieliśmy długi przez kilka lat i wiemy co to znaczy. Spłaciliśmy je dopiero w 2009 r czyli 6 (!) lat od przeprowadzki. 

Proś Boga, aby pomógł zrealizować ci twoje marzenia bez potrzeby zaciągania kredytów. Jeżeli Jego wolą jest, abyś wyprowadził się na wieś, On pobłogosławi twoje plany i podsunie ci rozwiązanie z najmniej oczekiwanej strony. Nieraz tego doświadczyliśmy. 

3. Bardzo trudno jest mieszkać na wsi i pracować w mieście. Żyliśmy tak przez 5 lat. Jest to bardzo stresujące i mordercze zadanie. Praca w mieście pochłania tyle samo czasu co przedtem a do tego dochodzą dojazdy. Czas dojazdu, każdego dnia do pracy i z powrotem, dojazdu do sklepów, szkół, czy do kościoła. Po niedługim czasie będziesz tak zmęczony, że ci się odechce. Będziesz mówił, że nie ma nic dobrego w mieszkaniu na wsi. Słusznie, bo w takim przypadku jest to bez sensu. Mija się to zupełnie z celem. Celem przeprowadzki na wieś nie jest (przynajmniej dla nas tak było) przeniesienie swojego miejsca zamieszkania, ale zmiana życia. My pragnęliśmy takiej zmiany. Mieliśmy już dosyć tego pośpiechu i hałasu. Nie osiągnie się ciszy i spokoju przez zmianę miejsca swojego spania, bo i tak większość czasu spędzamy w mieście. Proś Boga, o taką pracę, która pozwoli ci być blisko domu.  

4. Nie usiłuj zapiąć wszystkiego na ostatni guzik. Rzeczywistość wygląda tak, że nigdy nie uda się załatwić wszystkiego a usilne dążenie do tego powoduje stres i rozczarowanie. Daj sobie na luz. Jeżeli czekasz z przeprowadzką na wieś aż znajdziesz idealny dom, w idealnym miejscu, urządzisz go idealnie i urządzisz idealny ogród, to po prostu nie przeprowadzisz się nigdy. Zawsze będzie coś do poprawienia. Nie musisz wszystkiego zrobić od razu. My w naszym nowym domu zrobiliśmy to, co uważaliśmy za niezbędne – doprowadziliśmy wodę i zrobiliśmy łazienkę. Reszta musiała poczekać. Za rok zrobiliśmy C.O. i wymieniliśmy okna a dopiero po kilku latach wyremontowaliśmy kuchnię. Gdybyśmy czekali, aż wszytko skończymy, to jeszcze do tej pory byśmy się nie przeprowadzili. 

Trzeba pamiętać, że ten świat nie jest idealny i nigdy warunki w jakich mieszkamy nie będą w pełni odpowiadały naszym oczekiwaniom. Proś Boga, aby pokazał ci co jest najważniejsze w urządzeniu twojego nowego domu i ciesz się z tego co masz. Jest to gwarancją zadowolenia i pokoju a eliminuje frustrację związaną z pogonią za niedoścignionym. 

5. Nie staraj się żyć “po miejsku”, ale na wsi. To połączenie nie jest zbyt udane. Jeżeli chcesz zmienić swoje życie, jeżeli chcesz uciec od hałasu, pędu i zepsucia, to nie ciągnij tego za sobą w nowe miejsce. Dużo więcej radości daje spędzanie czasu z dziećmi na podwórku niż oglądanie kina domowego, czy siedzenie cały dzień przed komputerem. Jeżeli usiłujesz pogodzić wygodę życia w mieście ze spokojem wsi, to tracisz czas. Na wsi nie będziesz miał do sklepu pięćdziesiąt metrów, w nim nie będzie takiego asortymentu jak w mieście a do najbliższego sklepu z elektroniką lub pizzerii będziesz miał prawdopodobnie kilka kilometrów. Komunikacja autobusowa nie będzie tak częsta jak w mieście a może się też zdarzyć, że nie będziesz miał we wsi chodnika. Przygotuj się na to. 

Życie na wsi jest całkiem inne od miejskiego, ale to nie znaczy, że gorsze. My nauczyliśmy się czerpać korzyści z tego co mamy. Sprawia nam radość uprawianie ogródka, koszenie trawy na podwórku, rąbanie drewna na zimę, czy robienie przetworów. Lubię troszczyć się o dom, coś przybić, pomalować, wymienić dachówkę. Musisz pamiętać, że w takich sprawach będziesz zdany tylko na siebie. W mieście jak wybijesz szybę w oknie, dzwonisz do szklarza i po niedługim czasie masz wszystko gotowe. Na wsi musisz “pobrudzić ręce” i zrobić to sam. Na początku być może będzie to dla ciebie przerażające, ale zapewniam, że daje to facetowi bardzo dużo satysfakcji i daje radość robienia czegoś ze swoim synem (jeżeli go masz). Takie rzeczy są bezcenne i warto z tego korzystać. Poproś Boga o pokazanie wszystkiego, co ci przeszkadza w uzyskaniu pokoju, radości i wyeliminuj to. Zapewniam cię, będziesz szczęśliwy. Ja jestem. Każdego dnia dziękuję Bogu, za to, że mogę mieszkać na wsi. Nie wróciłbym do miasta za nic na świecie. 

6. Przygotuj się na zimę. 

Traktuj zimę poważnie i dołóż wszelkich starań, aby ci niczego nie zabrakło. Nie myśl sobie, “jakoś to będzie”, bo przyjdzie dzień, w którym włożysz do pieca ostatni kawałek drewna i będzie to akurat środek zimy. Pozyskiwanie wtedy opału jest dużo bardziej kłopotliwe niż wiosną czy latem. Lepiej przygotować się na ten czas odpowiednio wcześniej. My podczas pierwszej zimy w Chruślankach błędnie założyliśmy, że ponieważ w Dygowie szło nam około trzech metrów na zimę, tutaj będzie tak samo. Niestety ogrzanie domu wymaga więcej energii niż mieszkania. Nauczeni na własnych błędach teraz traktujemy tę sprawę priorytetowo. 

Nie wszystko da się przewidzieć i nie na wszystko da się przygotować. Czasami nie jesteśmy w stanie zatroszczyć się sami o pewne rzeczy. I tu wkracza wiara. Jeżeli my zrobimy wszystko co w naszej mocy aby się przygotować, to Bóg uzupełni nasze braki. Jeżeli zlekceważymy zimę i nie przygotujemy się na nią, to poniesiemy tego konsekwencje. My pierwszej zimy musieliśmy wyciąć co się dało na podwórku i paliliśmy mokrym drewnem. To nas nauczyło zapobiegliwości. 

Oprócz drewna są jeszcze inne ważne rzeczy. Dobrze jest zgromadzić ziemniaki, cebulę, warzywa, kapustę kiszoną i inne przetwory. Od kilku lat mamy zamrażarkę skrzyniową i latem, gdy owoce są tanie staramy się ją całą zapełnić. Zimą wyciągamy sobie z niej truskawki, wiśnie, maliny, śliwki, fasolkę szparagową i inne. Bardzo wiele owoców i warzyw można mrozić i zimą są źródłem wielu witamin. 

Jednym słowem wykorzystuj czas. Gdy możesz coś zrobić, to zrób to, bo nadejdą dni, kiedy będziesz musiał to zrobić w dużo bardziej niesprzyjających warunkach. 

7. Oszczędność

Podczas naszej ośmioletniej bytności w Chruślankach Bóg nauczył nas, że wiele rzeczy, które przedtem uważaliśmy za niezbędne wcale takimi nie są. Gdy skończyły się pieniądze ze zdjęć (kilka miesięcy po przeprowadzce) zrobiliśmy w ciągu dwóch miesięcy 4 tys. długu. I nie kupowaliśmy niepotrzebnych rzeczy. Jeździliśmy po prostu do miasta i robiliśmy zakupy żywnościowe. Teraz taka kwota starczyłaby nam na żywność na prawie dwa lata (!). Przerażająca prawda. Pomyślisz sobie: to co oni teraz nic nie jedzą? Nie, po prostu wyeliminowaliśmy wszelkie przecieki gotówki. 

Przedtem, gdy zabrakło czegoś do obiadu, wsiadałem w auto i jechałem do Kraśnika po zakupy. W rezultacie okazywało się, że byłem w mieście 3-4 razy na tydzień. Teraz robimy zakupy raz na miesiąc za kwotę około 200 zł i to zupełnie wystarcza. Okazało się, że bardzo dużo pieniędzy marnuje się przez częste zakupy. Na kilka dni przed planowanym wyjazdem robimy listę rzeczy, które będą potrzebne na cały miesiąc. Staramy się uwzględnić w tej liście wszystko, abyśmy nie musieli jechać ponownie. W rezultacie przywozimy na przykład 6 l oleju, 5 paczek makaronu, czy 1,5 kg orzeszków ziemnych (na pastę do chleba) itd. Później Przez cały miesiąc to zjadamy. W praktyce wygląda to w ten sposób, że Monika zagląda do naszej skrzyni (w której trzymamy zapasy) i patrzy co można ugotować na obiad z tego co jest. Na początku było to dosyć trudne, ale teraz dosyć dobrze to funkcjonuje. Zdarza się, że zrobimy zakupy i później nie ma żadnych dochodów. I co? I nic. Bywało już tak, że przez cały miesiąc albo dłużej nie dotykałem portfela. Musiało wystarczyć nam to co jest w skrzyni. Bóg nauczył nas korzystania z tego, co się ma. 

Oprócz zakupów raz na miesiąc staramy się większość pożywienia wyprodukować sami. Pieczemy chleb, kisimy kapustę, robimy dżemy, mrożonki, pasty na chleb. Latem ogródek dostarcza nam większość produktów żywnościowych. Dzięki takim działaniom można zaoszczędzić naprawdę bardzo dużo pieniędzy. W mieście wszystko to trzeba po prostu kupić. Poza tym takie pożywienie jest dużo zdrowsze i smaczniejsze. Wszyscy goście, którzy nas odwiedzają są zaskoczeni różnorodnością, obfitością i smakiem naszego jedzenia. Tanio wcale nie musi oznaczać byle jak. 

Postaraj się, też aby twój dom był jak najbardziej ekonomiczny. Przy urządzaniu domu myśl o tym, aby jak najmniej kosztowało cię jego utrzymanie. Jeżeli masz więcej gotówki zrób sobie panele słoneczne do podgrzewania wody, czy przydomową oczyszczalnię ścieków. Ale to luksus. Na pewno dobrą rzeczą jest ocieplenie domu i zadbanie o szczelne okna. My popełniliśmy błąd i przy kładzeniu płyt G-K w kuchni i łazience nie zatroszczyliśmy się o to. Koszt tego nie byłby aż tak wielki, a na pewno zaoszczędzilibyśmy dużo na opale. Postaraj się też o dobry piec. Tu także popełniliśmy tu błąd. Zamiast kupić piec, który będzie wydajny założyliśmy tzw. wężownicę. Nie chcieliśmy mieć takiej “kolumbryny” zaraz przy wejściu, ale ładny kaflowy piec. Co prawda ładnie to wygląda, ale nie jest zbyt wydajne. 

Poza tym dobrze mieć kuchnię węglową. W takiej kuchni można napalić byle czym i ugotować obiad. Nieraz taka kuchnia uratowała nam życie, gdy skończył się gaz w butli. Tak więc jest dużo możliwości aby ograniczyć koszty utrzymania domu. Pomyśl o tym już przy remoncie. 

8. Ufność. Mając pracę, lub inne źródło dochodów, z góry zakładamy, że tak będzie cały czas. Niestety nie zawsze tak jest. Zdarza się (i nam się to właśnie przydarzyło), że źródło utrzymania na które liczysz nagle wyschnie. Niech cię to nie przeraża. Bóg potrafi zatroszczyć się o ciebie i twoją rodzinę w każdych warunkach. Jesteście pod szczególną opieką Boga. 

Jeżeli przytrafia ci się to nieszczęście związane z utratą pracy nie załamuj się. To nie koniec świata. My nie mamy stałego źródła utrzymania już od ośmiu lat a mimo to nasza rodzina nie głoduje. Co więcej, podczas tych ośmiu lat więcej nauczyliśmy się o trosce naszego Boga, niż przez całe życie. Nauczyliśmy się liczyć tylko na niego. Wszystko inne jest zawodne, On nie. 

Bóg pomógł nam wybrać dom odpowiedni dla nas, pomógł się przeprowadzić, nauczył nas uprawiać ogródek i dbać o dom i rodzinę. Troszczy się o wszelkie nasze potrzeby. Mamy jedzenie, za które ludzie w mieście płacą kupę pieniędzy, zdrowe, ekologiczne i smaczne. Jesteśmy dobrze ubrani i mamy urządzony dom. Mamy ciszę, świeże powietrze, dobre relacje wzajemne, jesteśmy zdrowi i spokojni. To wszystko dzięki opiece naszego Boga. Wiele osób mówi:”to, co mam, to dzięki pracy moich rąk”. Ja nie mogę tak powiedzieć. Ja mówię, że to co mam, to Bóg mi dał. On jest naszym zaopatrzeniem, ochroną, pocieszeniem. On jest wszystkim. Warto Mu zaufać. 

9. Decyzja. Zastanów się dobrze, po co się wyprowadzasz na wieś. Jeżeli chcesz poprawić warunki swojego życia, to muszę cię rozczarować. Na wsi żyje się trudniej. Nie dość, że daleko do sklepów, to jeszcze często jesteś zdany tylko na siebie. Prawdopodobnie pogorszy się też twoja sytuacja finansowa. Oprócz tego, będziesz miał utrudnione kontakty z przyjaciółmi i rodziną, a i znajomi nie tak często będą cię odwiedzać. To minusy. Plusem jest przybliżenie się do Boga, lepsze poznanie Go, zacieśnienie z Nim więzi, a co za tym idzie, poczucie pokoju, szczęścia oraz pewność, że Bóg jest twoim przyjacielem. Dla nas jest to najważniejsze, reszta się nie liczy. Jeżeli masz podobne priorytety, to przeprowadzka na wieś jest dobrym rozwiązaniem.

Autorem tekstu jest Grzegorz Koperkiewicz.

0 0 głos
Ocena wpisu
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze