(Nie)zwykła historia cz 6.

Wsiadłem w pociąg do Lublina i zacząłem szukać domu odpowiedniego dla nas. Zależało nam na tym, aby miejsce było spokojne, możliwie blisko lasu i żeby droga dojazdowa była dobra. Dom miał być do remontu, ale takiego, z którym ja mógłbym sobie poradzić. Nie miałem żadnego doświadczenia w budownictwie, ale miałem nadzieję, że takie rzeczy jak malowanie, czy położenie płytek dam radę zrobić. Wiedziałem, że jeśli będzie potrzebna naprawa dachu, czy wymiana okien, to po pierwsze nie dam rady, a poza tym nie stać nas będzie na tak duże koszty.

W Lublinie kupiłem “Anonse” i szukałem. Ponieważ po terenie poruszałem się autobusami nie szło to za szybko. Byłem w stanie obejrzeć jeden, dwa domy na dzień. Wiedziałem, że w takim tempie mogę szukać do grudnia. Jednak nie było wyjścia, w tym czasie nie posiadaliśmy samochodu, jeździłem więc tymi PKS’ ami i oglądałem. Było wiele domów, niektóre bardzo fajne, ale niestety okazało się, że środki jakimi dysponujemy mogą okazać się niewystarczające. Ceny domów wahały się w granicach 30-50 tys. zł, ale przeważnie były w takim stanie, że w remont trzeba by włożyć jeszcze raz tyle. My mieliśmy 50tys. i wiedzieliśmy, że w tej kwocie musimy się zmieścić z kupnem domu, remontem i przeprowadzką. Ponieważ nie mieliśmy zamiaru taszczyć z Kołobrzegu naszych starych mebli i sprzętu AGD musieliśmy to wszystko kupić. Nagle okazało się, że pieniędzy nie mamy aż tak dużo. 

Po wielu poszukiwaniach udało się znaleźć dom odpowiadający naszym wymaganiom. Miejscowość nazywała się Wólka Batorska i była położona w dosyć ładnej okolicy. Do Lublina było około 40 km, do Kraśnika 20 km a więc nie za blisko nie za daleko. Dom był drewniany, ładnie utrzymany, z łazienką i centralnym ogrzewaniem. Cena też była dla nas osiągalna, 40 tys. zł. Podobał mi się ten dom, ale chciałem, aby zobaczyła go także Monika. Porobiłem więc zdjęcia i wróciłem do Kołobrzegu. 

Zostawiliśmy dzieci pod opieką rodziców i pojechaliśmy z Moniką pociągiem do Lublina i dalej do Wólki Batorskiej. Monice także spodobał się ten dom i zdecydowaliśmy się go kupić. Umówiliśmy się z właścicielką domu do notariusza za kilka dni i wróciliśmy do Kołobrzegu. Postanowiliśmy, że do notariusza pojadę sam i wszystko załatwię. 

Miałem jechać w niedzielę na noc i rano w poniedziałek byłem umówiony do notariusza. Dzwonię w niedzielę po południu do właścicielki, aby omówić szczegóły i nagle dowiaduję się, że dom jest sprzedany. Nie mogłem w to uwierzyć. Nasz dom sprzedany?! Jak to sprzedany?! A my już w wyobraźni wybieraliśmy kolor ścian i ustawialiśmy meble w pokojach. Jak to możliwe, że pani sprzedawała ten dom od kilku miesięcy i nagle w ciągu kilku dni jej się to udało? Nie mogliśmy w to uwierzyć. Myśleliśmy, że to nam Bóg przeznaczył ten dom, i że to my mamy go kupić. Cieszyliśmy się, że to już koniec szukania, i że nasze marzenia się realizują. Byliśmy bardzo rozczarowani i wpadliśmy w przygnębienie. Jak Bóg mógł zrobić nam coś takiego? 

Nasi znajomi ku naszemu zaskoczeniu nie bardzo wspierali nasz plan wyjazdu w lubelskie. Usiłowali nam to wybić z głowy. Zniechęcali nas i przekonywali, że to nie jest dobry pomysł. Z czego będziecie żyć? – pytali – Tutaj nie bardzo sobie radzicie finansowo a tam z dala od rodziców, przyjaciół będziecie zdani tylko na siebie. Nie poradzicie sobie. Byliśmy zdziwieni tymi głosami, bo oczekiwaliśmy od osób wierzących wsparcia. Potrzebowaliśmy zachęty typu: Bóg nie pozwoli wam zginąć, albo: Bóg zatroszczy się o was wszędzie gdzie będziecie. Jednak takich słów nie usłyszeliśmy. Nasz zapał zaczął stygnąć. W głębi duszy jednak czuliśmy, że przeprowadzka na Lubelszczyznę jest Bożą wola dla nas. Dużo modliliśmy się w tej sprawie i odczuliśmy, że Bóg rozwiąże nasze problemy mimo wszystko. 

Puki co mieszkanie w Dygowie sprzedane, my mieszkamy u rodziców i na razie nie mamy perspektyw na przeprowadzkę do naszego nowego domu. Pojechałem po raz kolejny do Lublina. Kupiłem kolejną gazetę z ogłoszeniami i zacząłem szukać. Ponieważ szkoda mi było czasu na dojazdy autobusami postanowiłem kupić jakiś tani samochód, aby być bardziej mobilnym. Znalazłem trabanta za 1000 zł i zacząłem jeździć po całej Lubelszczyźnie. Spałem w samochodzie, jadłem bułki z bananami, a domu jak nie widać, tak nie widać. Obejrzałem bardzo dużo domów ale niestety nie odpowiadały one naszym oczekiwaniom. Albo były za drogie, albo remont przekraczał moje możliwości, albo miejsce nie takie o jakim marzyliśmy. Po wielu dniach poszukiwań został mi jeden dom do obejrzenia. Niezbyt chciało mi się tam jechać. Cena domu była niezbyt zachęcająca 26 tys. zł. Obejrzałem wiele domów po 40 tys. zł, które wymagały dużego remontu. Myślałem, że dom za taką cenę musi być w naprawdę kiepskim stanie. Ponieważ nie miałem już innych ofert pojechałem tam. 

Strasznie ciężko było znaleźć tę miejscowość – Dzierzkowice Terpentyna. W końcu dojechałem. Byłem zmęczony po całym dniu poszukiwań, brudny, śmierdzący i nieogolony. Pukam do drzwi. Otworzyła mi atrakcyjna blondynka w moim wieku a ja tu stoję jak ostatnie nieszczęście. Zaprosiła do środka, poczęstowała truskawkami i zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że posesja o której mowa nie znajduje się tam, ale trzeba jechać jeszcze kilkanaście kilometrów. No nic, pojechaliśmy. 

Dom wyglądał niezbyt zachęcająco. Był drewniany, malowany jakieś 30 lat temu, nie miał łazienki ani nawet wody. Jako ogrzewanie były trzy piece (kuchnie) każdy w innym pomieszczeniu. Było bardzo brudno i ponuro. Próbowałem uruchomić wyobraźnię jak mogłoby wyglądać życie naszej rodziny w tym domu. Zacząłem dostrzegać rzeczy, których wcześniej nie widziałem. Droga dojazdowa była bardzo dobra, asfalt był pod sam dom. Po drugiej stronie drogi był las. Do najbliższego miasta – Kraśnika było 20 km i co godzinę kursował bus. Dom był wprawdzie bardzo zaniedbany, ale zobaczyłem, że dach jest w dosyć dobrym stanie. Poza tym nie były powybijane okna czy coś takiego. Gdyby uprzątnąć cały dom, pomalować, doprowadzić wodę i zrobić łazienkę, dałoby się tu jakoś mieszkać. Do tego było 60 a ziemi. Uznałem, że za tą cenę jest to najlepsza oferta jaką widziałem. Dom co prawda wymagał remontu, ale miałem nadzieję,że poradzę sobie z nim sam i że wystarczy nam pieniędzy, które mamy. Zdecydowałem się kupić ten dom.

Usiedliśmy z właścicielką na ławce i zaczęliśmy rozmawiać o warunkach sprzedaży. 
– Jaka będzie ostateczna cena tego domu? – pytam. (Ponieważ kompletnie nie potrafię się targować nie miałem zamiaru tego robić. Po prostu tak sobie zapytałem. Dom mi się spodobał i byłem gotów dać cenę jaka była w ogłoszeniu 26 tys.)
– Niech będzie 20 tys. -odpowiedziała

Nie mogłem w to uwierzyć. Nie powiedziałem ani słowa i dostałem gratis 6 tys. zł. Dziękowałem Bogu, że to On targował się za mnie. Teraz ten dom zaczął mi się podobać jeszcze bardziej. Umówiliśmy się więc do notariusza za kilka dni i wróciłem do Kołobrzegu. Pochwaliłem się Monice, że mam dom, który odpowiada naszym oczekiwaniom i że trzeba się modlić, żeby nie wyszło tak jak z Wólką Batorską. Żeby nie zapeszać nie pokazałem Monice zdjęć domu w Chruślankach. Podziwiam moją żonę, że całkowicie zaufała mi w tej kwestii i zgodziła się kupić nasz pierwszy dom nawet go nie oglądając!

W wyznaczonym terminie pojechałem znowu do Lublina, odebrałem z parkingu trabanta i udałem się do banku po pieniądze i pojechałem do notariusza. I tak oto 16 czerwca 2003 r staliśmy się właścicielami drewnianego domu we wsi Chruślanki Józefowskie. Ponieważ Monika z dziećmi była jeszcze w Kołobrzegu postanowiłem uprzątnąć dom zanim przyjadą, żeby ich przerażenie było mniejsze. Wynosiłem więc z domu różne graty, zamiatałem, szorowałem itd. 

Pierwsze dni mojego pobytu w Chruślankach były bardzo ciekawe. Na przykład, gdy jeździłem do Kraśnika po zakupy, brałem ze sobą mapę, żeby trafić z powrotem do domu. Nie było łatwo znaleźć Chruślanki. Gdy już doprowadziłem dom do jako takiego porządku, wróciłem do Kołobrzegu po Monikę i dzieci. Termin przeprowadzki ustaliliśmy na 25 czerwca, tuż po zakończeniu roku szkolnego. 

Ponieważ nie chcieliśmy targać przez całą Polskę wszystkich swoich rzeczy, postanowiliśmy z Moniką pozbyć się większości naszych mebli, sprzętu AGD, dywanów itd. Rozdaliśmy je więc naszym znajomym z Dygowa. Zostało nam więc do przewiezienia biurko Ewy, pościel, ciuchy, rowery i jakieś tam drobiazgi. Zmieściło się to wszystko do jednej niedużej przyczepki samochodowej. Mój tata zaoferował pomoc przy przeprowadzce, podłączyliśmy więc przyczepę do jego peugeota 309 i pojechaliśmy. W samochodzie (a nie jest to duże auto) byli rodzice, Monika ze mną i dwoje naszych dzieci (później się okazało, że troje). Za samochodem była przyczepa wyładowana po brzegi. W przyczepie oprócz naszych rzeczy podróżowała Pysia, nasza kotka z Dygowa.

Jechaliśmy około 16 godzin. Samochód był tak obciążony, że przy każdej nierówności hak darł o asfalt. Jakoś w końcu dojechaliśmy. Była trzecia w nocy, ciemno, jedziemy przez wieś szukając naszego nowego domu. Wieś się skończyła a naszego domu nie ma. Zawróciliśmy. Jadąc bardzo powoli przypatrywaliśmy się każdemu domowi. W końcu okazało się, że jednak jest. A więc dotarliśmy dzięki Bogu na miejsce. Położyliśmy się spać, rodzice w domu na jedynej wersalce, dzieci na podłodze a my w samochodzie. Rano zaczęło się nasze nowe życie. Jeszcze wtedy nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak bardzo inne od wszystkiego co do tej pory znaliśmy. Rodzice wieczorem wyjechali do Kołobrzegu a my zostaliśmy sami w nowym miejscu. 

Pierwsze dni upłynęły nam na rozpakowywaniu, zakupowaniu mebli, sprzętu AGD itd. W końcu zabraliśmy się za remont. Najpilniejszą potrzebą było doprowadzenie wody do domu i zrobienie łazienki. W gminie obiecali nam, że wodę doprowadzą w ciągu dwóch tygodni. Wzięliśmy się więc za skrobanie, szorowanie, malowanie itd. Priorytetem było też założenie ogródka. Pomidory co prawda mieliśmy już posadzone (zrobiłem to podczas mojego pobytu przed przeprowadzką), ale pozostało jeszcze zaoranie kawałka ugoru za stodołą i zrobienie grządek. Wszystko szło bardzo dobrze: mieliśmy pieniądze, mogliśmy więc kupować materiały do remontu, narzędzia. Był to fajny czas. Miło było pojechać do sklepu, wybrać sobie kafelki czy kabinę do łazienki. Nie szastaliśmy pieniędzmi, staraliśmy się kupować najbardziej potrzebne rzeczy. 

Było lato, ciepło, remont trwał. Monika z dziećmi wydawała się zadowolona z nowego miejsca. Wydawnictwa z którymi współpracowałem zamawiały zdjęcia, mieliśmy więc co jakiś czas przypływ gotówki na bieżące zakupy. Wszystko szło jak z płatka. Wiedzieliśmy, że przeprowadzka to była dobra decyzja. Jeździliśmy po zakupy na targ do Kraśnika i za każdym razem byliśmy zaskoczeni cenami panującymi na Lubelszczyźnie. Za wielką  torbę warzyw i owoców płaciliśmy około 10 zł. Nie mogliśmy się otrząsnąć. Cena wiśni np. to 1.50 zł za kg, podczas gdy w Kołobrzegu 4.50. Truskawki 2.50 a w Kołobrzegu 9 zł. Było to dla nas wielką radością, gdyż spożywamy bardzo dużo owoców i warzyw. 

Był to najszczęśliwszy okres w życiu naszej rodziny. Było co prawda inaczej niż w Dygowie, bo do ubikacji trzeba było chodzić za “stodołę”, myć się w misce i pranie robić na podwórku, ale było fajnie. Czuliśmy się jak na wakacjach. W wolnych chwilach chodziliśmy na spacery do lasu, robiliśmy ogniska i w ogóle spędzaliśmy dużo czasu ze sobą. Sąsiedzi byli bardzo mili dla nas. Zaczepiali nas i pytali czy czegoś nam nie potrzeba. Przynosili mleko, różne owoce. Byliśmy zaskoczeni, bo nie spodziewaliśmy się takiego przyjęcia. Nie ukrywaliśmy, że jesteśmy protestantami i dużo rozmawialiśmy z nimi o Bogu.

Latem okazało się, że Monika jest w ciąży i że będziemy mieli następnego “Koperka”. Planowaliśmy co prawda jeszcze jedno dziecko, ale to miało być później, jak się urządzimy. Niemniej jednak bardzo się ucieszyliśmy. 

Minęło lato, remont był na ukończeniu (co prawda wodę podłączyli nam po dwóch miesiącach a nie tygodniach ale niech tam) a my szczęśliwi, że udało nam się wyrwać od miejskiego zgiełku i pędu. We wrześniu byliśmy już jako tako urządzeni. Nadszedł czas rozpoczęcia roku szkolnego. I tu nowe zaskoczenie. Nasze dzieci Ewa i Jeremiasz zostali bardzo miło przyjęci przez nauczycieli i dzieci. Byliśmy także zaskoczeni inna rzeczą. Klasa Ewy liczyła 9 dzieci a Jeremiasza 7. Szok! W całej szkole (6 klas) wszystkich dzieci było 65. Wiedzieliśmy już, że nasze dzieci będą miały zapewnioną lepszą opiekę niż w mieście. Wszystko to, utwierdzało nas w przekonaniu, że podjęliśmy właściwą decyzję. Przeprowadzka na wieś, była najlepszą rzeczą, jaką zrobiliśmy, aby dać naszym dzieciom odpowiednie warunki do wzrostu chrześcijańskiego. My z Moniką także bardzo zbliżyliśmy się do siebie i do Boga. 

Tak więc, wszystko szło bardzo dobrze, dzieci były w nowej szkole, my skończyliśmy remont. Pieniędzy ze sprzedaży mieszkania w Dygowie wystarczyło na wszystko, co planowaliśmy. Bóg dał nam tyle środków ile potrzebowaliśmy. Nie za dużo, nie za mało. Przez dwa miesiące mieszkania w Chruślankach, udało nam się podłączyć wodę, zrobić łazienkę, kuchnię, pomalować dom wewnątrz i z zewnątrz. Można powiedzieć że byliśmy już urządzeni. Co prawda niektóre rzeczy nadal pozostały w kartonach, ale to już drobiazg. 

Minął wrzesień, Monika porobiła przetwory na zimę, drewno na opał było przygotowane (tak mi się przynajmniej wydawało) i zaczęliśmy myśleć o odwiedzinach w Kołobrzegu. Przez czas pobytu w Chruślankach (3 miesiące) rodzice byli u nas dwa razy (nie licząc przeprowadzki) a my jeszcze nie byliśmy u nich. Postanowiliśmy w październiku pojechać. W międzyczasie okazało się, że wydawnictwo, z którym współpracuję przysłało mi listę zdjęć potrzebnych do przygotowywanych właśnie publikacji. Miały to być zdjęcia pałaców i zamków z całej Polski. Ucieszyliśmy się i postanowiliśmy połączyć te dwie rzeczy – odwiedziny rodziców i zdjęcia z Pomorza. 

Załadowaliśmy naszego trabanta i pojechaliśmy całą rodziną 800 km do Kołobrzegu (było trochę ciasno, ale nie bardziej niż w drodze powrotnej). Nie byłem pewien czy samochód dojedzie, ale spróbowaliśmy. Dojechał. 

A więc wreszcie w Kołobrzegu! Nigdy na tak długo nie opuszczaliśmy naszego rodzinnego miasta. Biegaliśmy po mieście, aby nasycić się widokiem znajomych domów, ulic, ale przede wszystkim morza. Musieliśmy tez oczywiście odwiedzić wszystkich naszych znajomych i całą rodzinę. Opowiadaliśmy każdemu z osobna o domu w Chruślankach, o remoncie, o urokach wiejskiego życia. Chwaliliśmy się naszym nowym życiem. Byliśmy szczęśliwi w nowym miejscu i chcieliśmy się podzielić tym szczęściem z innymi. Odwiedziliśmy też nasze poprzednie miejsce zamieszkania – Dygowo. Rozmawialiśmy z sąsiadami i przyjaciółmi, których tam zostawiliśmy. Wszystkim opowiadaliśmy o tym jak Bóg troszczy się o nasze potrzeby i dba o nas. To była bardzo miła wizyta. Porobiłem zdjęcia, które miałem porobić i nadszedł czas powrotu. 

Moi rodzice obdarowali nas na koniec rożnymi przetworami domowymi, więc nasz trabant był baaaardzo obładowany. Bagażnik był załadowany po brzegi, oprócz tego dzieci miały pod nogami kartony ze słoikami, na dachu wieźliśmy łóżeczko dziecięce. Każdy zakamarek samochodu był dokładnie zapchany. 

Ponieważ nie mogliśmy jechać szybciej niż 70 km/h nasza podróż trwała około 20 godzin. Byliśmy tak zmęczeni jazdą, hałasem (trabant nie należy do najcichszych), ściskiem w aucie, że ledwo dojechaliśmy. W końcu jednak dotarliśmy do naszego małego wiejskiego domku. Znowu byliśmy u siebie. Napaliliśmy sobie w piecu i odpoczywaliśmy po podróży i wizycie w mieście. 

Życie znowu zaczęło się toczyć wiejskim trybem. Dzieci chodziły do szkoły, Monika zajmowała się domem, a ja pojechałem na zdjęcia. Bardzo się cieszyłem, że co jakiś czas przychodzą z wydawnictw zamówienia na fotografie. Lubię robić zdjęcia a poza tym było to nasze jedyne źródło utrzymania. Właśnie o takim życiu marzyliśmy. Mieszkać sobie na wsi, w spokojnym miejscu, uprawiać ogródek, dbać o dom, spędzać czas z rodziną i co jakiś czas wyjeżdżać na zdjęcia. Nasze marzenia się spełniły. Wszystko układało się nader pomyślnie. 

Pod koniec października nagle, nie wiadomo dlaczego wydawnictwa przestały przysyłać zamówienia. Mieliśmy jeszcze jakieś pieniądze, ale i one się skończyły. Mieliśmy jeszcze kartę kredytową i na niej możliwość debetu do 4 tys. zł. Pomyśleliśmy sobie, że możemy zakupy robić na kredyt, a jak przyjdą jakieś pieniądze to szybko spłacimy. Tak też zrobiliśmy i wszystko wydawało się jak przedtem. Jeździliśmy do Kraśnika, robiliśmy zakupy. Ponieważ byliśmy przyzwyczajeni, że pieniądze zawsze były, 4 tys. debetu nie na długo starczyło. Minął listopad, grudzień, debet się wyczerpał. Nagle okazało się, że nie dość, że nie mamy za co żyć, to jeszcze mamy do spłacenia kredyt 4 tys zł. Z banku zaczęły przychodzić wyciągi i musieliśmy wpłacać po 300 zł miesięcznie. Ale z czego!? Dochodów nie ma, perspektyw na zdjęcia nie ma, oprócz tego zaczęły przychodzić upomnienia z elektrowni i telekomunikacji. Dobrze, że moi rodzice pomogli nam wysyłając paczki żywnościowe. 

W międzyczasie okazało się, że drewno na opał się kończy, a jest środek zimy. Myślałem, że ilość drewna jaką mamy wystarczy na całą zimę. Nie przewidziałem, że tutaj będę musiał palić w dwóch, a nawet trzech piecach na raz. Nie dość, że nie mieliśmy pieniędzy na życie i opłaty, to jeszcze zaczęło się robić coraz zimniej. Zimy Lubelskie są inne niż na Pomorzu. Temperatury dochodzą do -30 stopni poniżej zera! W drewnianym domu bez ocieplenia i C.O. trudno się obronić przed takim zimnem. Zacząłem wycinać drzewa, które były na podwórku. Niewiele tego było, kilka gruszek, jabłonek i leszczyny. Byle jakie to było palenie, bo drewno było mokre. Zacząłem myśleć, czy nie wyrywać desek ze stodoły i palić nimi w piecu, jednak dzięki pomocy sąsiadów obeszło się bez tego. 

Był styczeń 2004, mrozy coraz większe, pieniędzy nadal nie było, Monika w dziewiątym miesiącu ciąży… Co będzie jak Monika wróci ze szpitala z dzieckiem? Termin miała na początek lutego. Bardzo niedługo! Nie mieliśmy dla dziecka nic. Żadnych ubranek, łóżeczka, wózka itd. Nic. Przepraszam! Mieliśmy dwa komplety śpioszków. Uchowały się bo były ubrane w nie lalki Ewy… Byliśmy z Moniką przerażeni tym wszystkim. Zaczęliśmy się zastanawiać co się stało? Ta stagnacja była nienaturalna. Wiedzieliśmy, że nie jest to przypadkowe. Pojawiło się pytanie: dlaczego? Dlaczego Boże doświadczasz nas w ten sposób? Dlaczego wyciągnąłeś nas z Kołobrzegu, od rodziny, przyjaciół i przywiodłeś tutaj, abyśmy cierpieli w samotności? Mieliśmy dużo żalu do Boga i zastanawialiśmy się czy to On nas tu przyprowadził. Jednak doszliśmy do wniosku, że mieliśmy tak wiele dowodów Bożego prowadzenia, że to niemożliwe, abyśmy się pomylili. Przyprowadził nas tutaj Bóg, to dlaczego zostawił nas w najgorszym momencie? Dlaczego zwaliło się nam na głowę wszystko na raz? Co chcesz przez to osiągnąć Boże? W czym zawiniliśmy, że nas tak surowo karasz? Rozpatrywaliśmy nasze postępowanie w najdrobniejszych szczegółach i przepraszaliśmy Go za wszelkie nasze uchybienia. Nic nie pomagało. Nasza sytuacja się nie poprawiła. Zaczęliśmy się bać Boga. Bać cokolwiek zrobić, żeby On nie uznał tego za przewinienie. Bóg jawił nam się jako surowy sędzia, bardzo skrupulatny w wyszukiwaniu wad i ukrytych grzechów. Byliśmy na samym dnie rozpaczy. Płakaliśmy z Moniką po nocach. Rodzice daleko, Bóg daleko. Był to najgorszy okres w naszym życiu. Nigdy przedtem nie doświadczyliśmy czegoś tak głębokiego i przerażającego. 

Minęła połowa stycznia, do planowanego porodu pozostało dwa tygodnie. Otrzymaliśmy telefon od naszych przyjaciół z Dygowa z pytaniem czy mogą nas odwiedzić? Ucieszyliśmy się bardzo. Od naszej przeprowadzki niewiele osób nas odwiedziło (poza rodzicami oczywiście). Przyjechali 24 stycznia. Piotr i Agnieszka Malak z Dygowa. Mieszkając w Dygowie przyjaźniliśmy się i odwiedzaliśmy ich często. Mieli czwórkę dzieci, ale przyjechali we dwoje. Później dowiedzieliśmy się dlaczego. Po prostu dzieci się nie zmieściły. Mieli spory samochód, ale był wypełniony rzeczami dla naszego nienarodzonego jeszcze dziecka. Było łóżeczko, bardzo dużo ciuchów, zabawki a także zupełnie nowiutki wózek. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Przejechali 800 km po to żeby się z nami zobaczyć i przywieźć nam to wszystko. Już nie musieliśmy się martwić o naszego małego dzidziusia, bo mieliśmy wszystko. Oprócz tego ze zboru z Kołobrzegu dostaliśmy pożyczkę na zapłacenie zaległych rachunków i zrobienie zakupów. Monika ze spokojnym sumieniem mogła iść do szpitali rodzić. 

Poszła 3 lutego. Poleżała dwa tygodnie i wróciła. Dziecko nie spieszyło się mimo terminu. Kilka dni w domu i znowu do szpitala. Wreszcie 21 lutego 2004 o godzinie 19:35 przez cesarskie cięcie przyszedł na świat nasz mały Filipek. Miał 3,5 kg i 55cm. Był piękny. Nasze życie pomimo jeszcze wielu trudności, które nas otaczały rozjaśniło się.  Zapomnieliśmy o kłopotach i cieszyliśmy się naszym nowym członkiem rodziny. Nie mogliśmy się nacieszyć nim, był naszą radością w tych trudnych chwilach. 
Nasza sytuacja powoli zaczęła się poprawiać. Przyszły pieniądze za zdjęcia, które robiłem w październiku (Pałace i Dwory). Mogliśmy spłacić część długów i porobić parę rzeczy w domu. Podzieliliśmy w końcu pokój dzieci (do tej pory mieszkały w jednym dużym pokoju) i wymieniliśmy część okien. Kolejne wyremontowane pomieszczenie w domu. Latem zrobiliśmy kuchnię, łazienkę i naszą sypialnię a teraz pokoje dzieci. Poszło do przodu… c.d.n.

0 0 głos
Ocena wpisu
guest
3 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Aneta
Aneta
1 rok temu

Piękna historia – czytam z zapartym tchem 🙂

Sandra
Admin
Sandra
1 rok temu
Odpowiedź do  Aneta

Przekaże autorom :).
Za miesiąc następna porcja ;).

Ola
Ola
1 rok temu
Odpowiedź do  Sandra

Och, cieżko będzie wytrzymac miesiąc!