(Nie)zwykła historia cz 6.

Tej zimy czekała nas kolejna niespodzianka. Nadal spłacaliśmy dług zaciągnięty dwa lata temu podczas naszej pierwszej zimy w Chruślankach. Płaciliśmy ponad 200 zł miesięcznie. Jakby tego było mało Urząd Skarbowy wyliczył nam kwotę podatku, którą powinniśmy zapłacić za kupno domu. Ponieważ poprzednie mieszkanie (w Dygowie) sprzedaliśmy przed upływem 5 lat od zakupu (było to 4,5 roku) zobowiązani byliśmy zapłacić podatek od wzbogacenia.  Przepis ten stanowi, że jeśli pieniądze ze sprzedaży przeznaczy się na cele mieszkaniowe, podatek jest anulowany. My z kwoty 55 tys.  wydaliśmy ponad 30 tys. na kupno domu i materiały budowlane do remontu. Resztę, czyli 20 tys. przeznaczyliśmy na urządzenie domu i zagospodarowanie się. Kupiliśmy za to meble, sprzęt AGD i inne niezbędne wyposażenie domu. Niestety nie wszystkie zakupy zostały potraktowane jako cele mieszkaniowe. Z domu z działką za który zapłaciliśmy 20 tys. uznano nam tylko 11.805 zł. Rachunki za materiały budowlane uznano nam 11.308 zł. Część artykułów zakupionych do domu nie wliczała się do odpisu podatkowego. Tak więc pozostała kwota 31.887 zł podlegała opodatkowaniu. Byliśmy zaskoczeni, że tak bardzo zaniżono nam sumę wydatków na dom, ale nie mieliśmy na to wpływu.

Sprawę podatku chcieliśmy załatwić już wcześniej, ale ponieważ termin rozliczenia upływał po dwóch latach od daty transakcji i mieliśmy nadzieję, że jeszcze coś wydamy na remonty i suma podatku będzie mniejsza. Niestety nie przewidzieliśmy, że nie będzie nas stać na większe remonty. Udało nam się jedynie dorzucić parę rachunków za płyty gipsowe i farby. Tak więc po podliczeniu wszystkiego US wyliczył nam należny podatek  3.189 zł. Oprócz tego zostały naliczone odsetki w kwocie 1385 zł. Oczywiście nie mieliśmy takich pieniędzy. Nie mieliśmy również perspektyw na zarobienie jakiejkolwiek kwoty. Mieliśmy co prawda  wcześniej odłożone pieniądze na zapłacenie podatku, ale gdy zaczęły się kłopoty finansowe, wydaliśmy je na życie. Złożyliśmy podanie do US o odroczenie terminu płatności ze względu na nasza bardzo trudną sytuację finansową. Niestety bezskutecznie. US nie przychylił się do naszej prośby. Pewnego dnia zapukał do naszych drzwi komornik i ponieważ nie mieliśmy nic wartościowego zajął nam samochód. Oczywiście dołożył sobie koszty komornicze w kwocie 550 zł. Nasze zadłużenie wynosiło już więc 5141 zł. 

Byliśmy załamani. Dlaczego z każdej strony dostajemy po łapach? Dlaczego pomimo szczerych chęci aby zarobić na skromne życie ciągle jesteśmy do tyłu? Dlaczego Bóg, który obiecał, że będzie się o nas troszczył ciągle nas zawodzi i mamy wrażenie, że nas opuścił? Wszystkie inicjatywy, których się podjąłem w kwestiach finansowych spełzały na niczym i pozostawały tylko długi. Nie wiedzieliśmy co się dzieje. Czyżby Bóg chciał, abyśmy byli biedni i bez nadziei na poprawę swojego losu? Znowu zaczęliśmy się z Moniką zastanawiać, czy może robimy coś co się Bogu nie podoba i On karci nas za to. Zaczęliśmy się nawzajem oskarżać i atmosfera w domu stała się bardzo napięta. Myśleliśmy, że nasze kłopoty już minęły a tu ciągle i ciągle coś wyłazi. Modliliśmy się dużo do naszego Boga, ale wydawało się, ze On nas wcale nie słyszy. Nie spadły nam pieniądze z nieba, ani nie dostałem pracy, która pozwoliłaby nam spłacić długi. Mieliśmy w tej chwili dług w wysokości prawie 10 tys. zł (podatek plus debet na koncie visa) i nie mieliśmy  żadnych dochodów oprócz zasiłku rodzinnego i dodatku mieszkaniowego tj. około 250 zł miesięcznie…

Złożyliśmy podanie do US o rozłożenie zaległości na raty. Niestety urzędnik nie przychylił się do naszej prośby. Swoją odmowę motywował tym, że nie mając żadnych dochodów nie będziemy w stanie spłacać rat. Niby racja, ale czy nie lepiej martwić się o np 300 zł miesięcznie niż o 5 tys. na raz? Nie mogłem zrozumieć toku myślenia tego urzędnika. W końcu po wielu rozmowach i prośbach pani z US uległa i przystała na raty. Wyznaczyła nam 10 rat po 500 zł miesięcznie. Zwróciliśmy się o pomoc do opieki społecznej i otrzymaliśmy ją. Nasza opiekunka społeczna wykazała się bardzo dużym zrozumieniem, dostaliśmy zasiłek w kwocie 300 zł miesięcznie. Tak więc pozostało nam do zdobycia 200 zł, plus 200 zł na visę. Pomógł nam też zbór w Lublinie. Dostaliśmy jednorazową pomoc w kwocie 300 zł i pożyczkę 500 zł. 

Był styczeń 2006. Zima tego roku była bardzo ostra. Była to najostrzejsza zima jaką do tej pory przeżyliśmy. Temperatura spadła do  minus 33 stopnie! Było tak zimno, że wzięliśmy do domu na noc naszą kozę Magdę, żeby nie zamarzła. Dobrze, że chociaż drewna mieliśmy pod dostatkiem. Przeżyliśmy jakoś. Teraz martwiliśmy się o sprawy finansowe. W połowie lutego udało mi się znaleźć pracę w sadzie przy cięciu jabłonek. 

Sad ten jest oddalony od nas około 8 km i mieści się we wsi Mazanów. Dawniej było to gospodarstwo państwowe o dumnej nazwie “Sad Przyjaźni”. W czasach PRL ściśle  współpracował z sadami w byłym Związku Radzieckim. Był bardzo dobrze wyposażony, pracowało tam  wtedy ok. 120 osób. Właściwie cała wioska była podporządkowana temu gospodarstwu. Wielu byłych pracowników do tej pory z rozrzewnieniem wspomina dawne czasy. Było tam przedszkole, hotel robotniczy, stołówka i osiedle mieszkaniowe dla pracowników. Był to czas prosperity tego sadu. Obecnie cały obszar (300ha) podzielony jest pomiędzy trzech właścicieli, którzy niezależnie od siebie zarządzają swoim majątkiem. U jednego z nich miałem właśnie pracować. 

Pewnego dnia pojechałem na umówioną godzinę i zgłosiłem się do brygadzisty pana Ryśka, który zarządzał cięciem sadu. Pan Rysiek zapytał:

– Sekator masz?

– Mam – odpowiedziałem, wyciągając z kieszeni mój mały, ale porządny sekator ręczny. Popatrzył na mnie unosząc brwi nienaturalnie wysoko. 

– Takim sekatorem, to możesz sobie… róże ciąć. Chyba nie ciąłeś nigdy, co?

– Nie.

Wywrócił oczami i kazał mi iść za sobą. Za chwilę pożyczył mi swój stary dwuręczny sekator. I tak zaczął się mój pierwszy dzień w tej pracy. Pracy o której nie miałem pojęcia. 

Pan Rysiek zaczął mnie uczyć trudnej sztuki cięcia różnych odmian jabłoni. Nie byłem chyba zbyt pojętnym uczniem, bo krzyczał na mnie dosyć często. Dziwię się, że mnie nie pogonił po kilku dniach pracy. Powoli, powoli zacząłem jednak chwytać o co w tym cięciu chodzi. Ponieważ w okresie zimowym jest to jedyna praca jaką można tutaj znaleźć, starałem się nie stracić jej. Jeździłem, więc do tego sadu. Ponieważ nie miałem na paliwo jeździłem rowerem te 8 km. Najgorzej było  na początku, bo temperatury dochodziły do minus 20 stopni i w sadzie było dużo śniegu, ciężko więc było pchać drabinkę pomiędzy drzewami. Ponieważ nie miałem wprawy w cięciu a praca była na akord moje zarobki nie były imponujące. Moja dniówka wynosiła przeciętnie 20-25 zł za 8 godzin. Nie były to duże pieniądze, ale pozwalały choć w części zaspokoić nasze potrzeby. Pracowałem tam przez luty i marzec.

Przełom

Zaczęła się wiosna, Monika zabrała się za pracę w ogrodzie, ja z Jeremiaszem zrobiłem domek na drzewie i szklarnię z okien, Ewa zaczęła śpiewać w Diecezjalnym chórze. Dzisiaj z perspektywy czasu widzę, że był to jeden z przełomowych momentów w naszym wiejskim życiu. Przestaliśmy myśleć po miejsku a skupiliśmy się na tym, co możemy zrobić środkami, które są w naszym posiadaniu. Do tej pory patrzyliśmy na świat oczami “tego nam brakuje”, albo “zrobilibyśmy coś, ale…”. Teraz zaczęliśmy dostrzegać inne możliwości wokół siebie. Przestałem liczyć na dochody ze sprzedaży zdjęć a zacząłem się rozglądać za innymi “wiejskimi” możliwościami zarobku. Na naszym terenie jest dużo plantacji malin czy sadów i ich właściciele potrzebują pracowników. Niestety zarobki u nich nie są zbyt oszałamiające. Przeciętna dniówka (12 godzin) w tym czasie wahała się w granicach 40 zł Nie jest to dużo, Na zdjęciach można zarobić dużo więcej, mniejszym nakładem pracy i to pracy dużo przyjemniejszej niż zrywanie malin czy cięcie sadu. Ponieważ jednak za zdjęć nie było wtedy pieniędzy, musieliśmy się zadowolić tym, co było dostępne. Dzisiaj wiem, że to Bóg chciał nauczyć nas posługiwać się środkami, które są dostępne teraz i być wiernym w małych rzeczach. Zaczęliśmy wokół siebie dostrzegać możliwości, których wcześniej nie braliśmy pod uwagę. Teraz skupiliśmy się na tym co mamy i korzystaliśmy z tego. Mówiąc krótko, po prostu się “zewsiliśmy”. 

Ten rok upłynął pod znakiem prac fizycznych. Wiosną było cięcie rabarbaru, potem zbiór truskawek, malin, jabłek itd. Było to pracowite lato. Co prawda praca była ciężka, ale dawała mi dużo zadowolenia. Lubię pracować na powietrzu. Martwiły mnie trochę zarobki. Na miesiąc wychodziło mi około 600 zł, z czego 400 zł szło na długi (visa plus US). Pozostawało 200 zł na jedzenie. Kwota nieduża, ale Bóg nauczył nas oszczędności oraz jak najlepiej wykorzystywać to, co mamy.  

Naszą zasadą stało się ” jak nie masz pieniędzy, to nie kupujesz” (czyli nic na kredyt). To uchroniło nas przed robieniem kolejnych długów. Zauważyłem, też że robienie zakupów raz na miesiąc pozwala zaoszczędzić dużo pieniędzy. Trzeba zastanowić się co będzie potrzebne, zrobić listę i dopiero jechać do sklepu. Monika później robiła posiłki z tego co miała, zamiast dokupować różne produkty na bieżąco. Ten system sprawdził się i stosujemy go z powodzeniem do tej pory. Pozwala uniknąć niepotrzebnych zakupów a skupić się na najbardziej niezbędnych rzeczach. Okazało się, że wiele produktów, które do tej pory uważaliśmy za niezbędne w rzeczywistości takimi nie są. Zrezygnowaliśmy z kupowania słodyczy, produktów rafinowanych, gazet itp. Skupiliśmy się na takich produktach, z których mogliśmy sami zrobić zdrowe i tanie jedzenie. Od kilku już lat piekliśmy chleb, poza tym robiliśmy pasty na kanapki, przetwory na zimę itd. Zaczęliśmy łapać o co chodzi w tym życiu, które Bóg dla nas przygotował. Mieliśmy coraz więcej satysfakcji z tego, że potrafimy przeżyć za tak niewielkie pieniądze. Co prawda nie stać nas było na ekstrawagancję typu: zmiana opon na zimę czy inne naprawy auta, albo zakup czegoś do domu. Mimo tego byliśmy ubrani, mieliśmy co jeść a co najważniejsze nasze długi się zmniejszały. 

Nauczyliśmy się, że spłata długów i opłaty mieszkaniowe to priorytety. Do tej pory inaczej traktowaliśmy te sprawy. Najpierw były zakupy a potem z tego, co zostało płaciliśmy prąd, telefon itp. Przeważnie okazywało się, że na spłacenie długów nie starczało już pieniędzy. Zauważyliśmy, że w ten sposób nigdy sobie nie poradzimy. Podeszliśmy do sprawy bardzo poważnie i narzuciliśmy sobie żelazną dyscyplinę w finansach. To owocowało a my mieliśmy radochę, że to funkcjonuje. 

Pod koniec lata nadarzyła się okazja zarobienia większych pieniędzy. Moja siostra cioteczna od kilku lat mieszkająca w Szkocji załatwiła mi pracę. Miało to być przebieranie ziemniaków. Tego lata doświadczyłem już wiejskich robót więc nie przeszkadzało mi to, ale martwiłem się, że pobyt w Szkocji miał trwać kilka miesięcy. Biłem się z myślami, czy zostawić rodzinę samą i pojechać na zarobek, czy zostać i pracować za tak małe pieniądze. Po wielu rozmowach z Moniką postanowiłem jednak jechać. Zamówiłem bilet na samolot i czekałem wyjazdu. Kilka dni przed odlotem siostra zadzwoniła, że niestety praca jest nieaktualna. A więc znowu to samo, zamiast zarobić tylko straciłem. Biletów na samolot nie udało się wycofać. Przepadło więc kilkaset złotych. Nie wiedziałem co się dzieje? Dlaczego znowu podjęta przeze mnie inicjatywa nie powiodła się. Czyżby Bóg nie chciał, abym zarabiał więcej niż 600 zł na miesiąc? A może nie chciał, abym wyjeżdżał za granicę do pracy? Po wielu przemyśleniach i modlitwach doszedłem do wniosku, że jednak to drugie. Nie jest Bożym planem, abym zostawiał rodzinę samą na tak długo i pracował poza domem. Pogodziłem się już z tym i postanowiłem nie wyjeżdżać już więcej za granicę w celach zarobkowych. Zostałem więc w Chruślankach i czekałem na kolejną zimę. Po niedługim czasie trafiła się praca w lesie. Była to bardzo ciężka praca, ale najważniejsze, że była. Jeździłem, więc przez całą zimę do lasu, nosiłem ciężkie kłody drewna, wycinałem krzaki.  Nasze życie toczyło się dalej. 

Rok 2007, który właśnie się rozpoczął obfitował w bardzo ważne dla nas wydarzenia. W lutym mój młodszy brat Paweł, ożenił się z Esterą – dziewczyną ze zboru w Poznaniu, w marcu nasza córka Ewa w wieku 16 lat zawarła przez chrzest przymierze z Bogiem. W maju kupiłem nowy aparat fotograficzny, tym razem była to cyfrowa lustrzanka Nikona D 80. Fajny aparat. Bóg kolejny raz zatroszczył się o nas i pokazał, że dba o wszystkie nasze potrzeby a nie tylko o chleb i wodę. Ponieważ poprzedni aparat popsuł się rok temu i nie miałem czym pracować, On posłużył się wydawnictwem, z którym współpracowałem. Zamówiono zdjęcia, które już miałem w archiwum. Za honorarium kupiłem aparat z kompletem obiektywów. 

Autorem tekstu jest Grzegorz Koperkiewicz.

0 0 głos
Ocena wpisu
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze