Historia narodzin małego Mateuszka

Sobota

Tej soboty poszliśmy na nabożeństwo do kościoła. Tyle pamiętam z tego dnia. Reszta to zupełna pustka do momentu telefonu pewnego natrętnego znajomego, który chciał, żeby mąż go gdzieś zawiózł samochodem. Łukasz jak to Łukasz ze stoickim spokojem odpowiedział, że nie, bo w każdej chwili mogę urodzić. Rozłączył się i… zaczęły się skurcze!

Zadzwoniliśmy do położnej. Kazała jeszcze czekać, postarać się usnąć. Umówiliśmy się na telefon za kilka godzin. Skurcze nie przeszły, powiedziała, że już jedzie. W obawie, że skurcze się skończą i zasnę, ustawiłam sobie budzik, aby w razie potrzeby położną wrócić do domu (miała do nas godzinę drogi samochodem). Skurcze się skończyły, a ja wymęczona ich siłą zasnęłam. Budzik jak to budzik trzepnęłam ręką, nie wiedząc nawet kiedy.

Obudził mnie dźwięk domofonu. Skurczy nie było a mąż słodko spał. Położna zbadała mnie i stwierdziła, że jeszcze z dwa tygodnie spokojnie mogę na poród czekać. Byłam załamana. Wszystko było gotowe. Mąż codziennie w pracy, a ja z nudów już nie wiedziałam co robić! I tu jeszcze tak przeżyć 2 tygodnie? Pamiętam, że nawet komputera nie miałam, bo się zepsuł… Telewizora w domu brak. Dobrze, że chociaż radio było. Położna wypełniła kilka świstków, po czym zostawiła nam piłkę gimnastyczną (przydatna w czasie porodu, polecam) i pojechała do domu.

Dzień później…

Następnego dnia rano obudził mnie… skurcz! Wzruszyłam tylko ramionami stwierdzając, że tak może trwać nawet 2 tygodnie. Zjedliśmy śniadanie, posprzątaliśmy trochę, podyskutowaliśmy, jak to mamy w zwyczaju. Skurcze cały czas były ze mną tak jak marudzenie męża. “No dzwoń do tej położnej! Ona musi wszystko wiedzieć! Dzwoń”. Był strasznie natrętny a ja umęczona.

Wyszliśmy na spacer, który skończył się wizytą w galerii na podpisywaniu umowy z Play na Internet. Musiałam robić bardzo dziwne miny, bo Pani za biurkiem dziwnie na mnie zerkała. Szepnęłam mężowi, że idę sobie pospacerować. Chodziłam w koło mijając ciągle te same sklepy. Kto choć raz podpisywal jakąś umowę doskonale zdaje sobie sprawę, że formalności trochę trwają… Te trwały tak długo a ja chodziłam między sklepami tak długo, że zainteresował się mną ochroniarz, który zaczął za mną chodzić! Pewnie myślał, że coś chcę ukraść pod swetrem udając wielki brzuch. To tylko mnie się może przytrafić! Udało się! Umowa podpisana i wychodzimy na zewnątrz! Było już tak ciepło…

Wiosna przyszła już na dobre. Nie przepadam za zimą! Rozkoszuje się wiosennym słoneczkiem, brakiem pana ochroniarza i nagle czuję, że nie umiem już dojść do domu! Złapałam się słupa ogłoszeniowego i zwinęłam w kulkę przy kolejnym skurczu. Nie mam pojęcia co myśleli w tym momencie przechodnie a było ich dość sporo, bo mieszkaliśmy w samym centrum miasta. Mąż znów zaczął błagać, bym zadzwoniła do położnej z obawy, że urodzę za chwilę na środku deptaka. Jakież było moje zdziwienie, kiedy odebrał mąż położnej i powiedział, że na jakiś czas wymienili się telefonami! Jednak jakby się zastanowić byłam szczęśliwa, bo nie musiałam co chwilę do niej dzwonić! Przecież powiedziała, że to jeszcze dwa tygodnie!

Weszłam na nasze wysokie 3 piętro, zjedliśmy zapiekankę z ryżu i soczewicy. Mąż znów zaczyna błagalne proszenie o telefon do położnej. Nie mogłam już dłużej tego znieść i wywaliłam go do biura, żeby trochę popracował. Plus własnej firmy jest taki, że pracujesz kiedy chcesz a klucze do biura pozwalają Ci pracować nawet w niedziele, gdy Twoja żona właśnie rodzi nie wiedząc o tym zupełnie!

W domu byłam tylko ja i maluszek w brzuszku. Usiadłam na piłce i słuchałam radia. Czasem starałam się leżeć na łóżku. Średnio mi to wychodziło szczególnie, że radio było puszczone z telefonu komórkowego, który spadał przy każdym skurczu. Spadał razem ze mną a ja turlałam się najczęściej na łóżku dynamicznie spadając na podłogę. I tak za każdym skurczem. Przy kolejnym nasileniu jednak wolałam zadzwonić po męża. Skacząc na piłce coś zjadłam (tak, da się tak zrobić!). Postanowiliśmy pójść spać. Położyliśmy się jednak tylko po to by… kłócić się o to, że mam iść spać a nie jęczeć z bólu. Oboje byliśmy bardzo zmęczeni już ostatnią nieprzespaną nocą i całym dniem napięcia.

Zaczęło się na dobre…

Mąż zaczyna liczyć skurcze na telefonie i trochę przy tym przysypiać. Ja przy każdym skurczu nadal turlałam się z łóżka na podłogę. Czasem opierałam się o szafę i ją przesuwałam… Czasem waliłam nogami w łóżeczko i przez to odpryskiwała farba od ściany. I nagle skurcze zaczęły się co 1 minutę. Dzwoniąc do położnej nie zdążyłam powiedzieć całego zdania, bo jak usłyszała „co minutę”, powiedziała tylko „już jadę” i się rozłączyła a ja chciałam jeszcze powiedzieć, że chyba odchodzą mi wody… Przyjechała. Popatrzała na mnie z wielkim współczuciem, bo akurat weszła w momencie gdy znów sturlałam się z łóżka na ziemię. Zbadała mnie i powiedziała, że to już! Do dziś pamiętam jak zapytałam ją „to nie za dwa tygodnie?” a ona z uśmiechem, że jednak nie!

Poszłam pod prysznic. Prysznic podczas porodu to jak lody w upalne lato. Konieczność! Podczas jednego ze skurczy usiadłam w brodziku i rozprostowałam nogi dzięki czemu wypadły drzwi z kabiny prysznicowej! Chwilę później, czego ja zupełnie nie zauważyłam, woda wylewała się poza brodzik. W kilka chwil mieliśmy powódź w łazience i nasz ukochany wiklinowy kosz na pranie stał pośród wielkiej powodzi… Łukasz jak na prawdziwego super bohatera domu wszystko porządnie posprzątał. A ja wróciłam do sypialni żegnając się z naszym prysznicem.

Stoliczek nocny z sypialni był wyniesiony, folia leżała na podłodze a światło było zupełnie zgaszone. Usiadłam na krzesełku porodowym. Wykończona, wymęczona parłam, ale tez się darłam. Dzięki mnie cała duża ogromna kamienica w literę U dowiedziała się, czym jest poród domowy! Za wiele z tego okresu nie pamiętam. Może tylko tyle, że mąż był za mną i mnie przytulał. Masował lędźwie, dawał wodę. Pamiętam też, że ciężko mi było w tej pozycji, ale byłam tak wymęczona, że nie chciało mi się jej zmieniać. Nie miałam siły mówić. Chyba jedyne co powiedziałam to „Misiu wyjdź już”, na to położne zapytały czy Łukasz ma wyjść a ja, że nie, absolutnie! Maluszek ma już wyjść. Mąż odpowiedział szybko, że przecież on jest Misiem, więc odpowiedziałam „To dzidziuś będzie kangurkiem” i chwilkę później wyszedł nasz kangurek na świat :).

I po wszystkim 🙂

Położono mi Mateuszka na brzuchu i kazano do niego mówić a ja nie czułam do niego żadnych uczuć, nic. Pełna obojętność i wyczerpanie. W końcu (to była bardzo krótka chwila) zaproponowano mi, że go zabiorą. Wstyd się przyznać, ale to mnie tak ucieszyło, że bez cienia wątpliwości oddałam małego. Na moich oczach był ważony, mierzony, ubierany i ogrzewany suszarką.

W tym czasie Łukasz robił mi płatki z mlekiem sojowym i brzoskwiniami. Pamiętam, że jadłam jak mała świnka a mleko kapało mi po brodzie. To było najpyszniejsze śniadanie wszechświata! Wyszłam do ubikacji i kiedy wróciłam Mati był gotowy do pierwszego jedzenia. Po nakarmieniu oboje usnęliśmy – nawet nie wiem kiedy. Gdy się obudziłam i zobaczyłam tego małego potworka i drugiego większego chrapiącego obok, dopiero wtedy poczułam tą fale szczęścia, uczuć, emocji… Rozejrzałam się po mieszkaniu. Wszystko było jak dwa dni temu. Czyste, nic nie zmienione. Tylko ten dzidziuś spał między nami w łóżku…

5 2 głosy
Ocena wpisu
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Monika
Monika
12 dni temu

Cudowna historia. Dla mnie to niesamowite, że mogliście być razem. Dwoje naszych pierwszych dzieci rodziło się w czasach, gdy ojcowie nie było wpuszczani nawet na oddział położniczy i oglądali swoje pociechy przez szybkę. Sam prod, to zimno mrugające jarzeniówki i zero prywatności nie mówiąc o pozycji horyzontalnej. Dwoje kolejnych to też szpital i cc. Zatem zazdraszczam i podziwiam