Historia narodzin małego Hugo

Moją drugą ciąże można śmiało zaliczyć do grona tych szalonych. Nie tyle z powodu jej nieplanowania lub przebiegu, ale z powodów bardziej życiowych. Nieplanowana przeprowadzka, studia zaoczne i dwulatek u boku. Bywały momenty załamania, ale i były chwile niezwykle radosne, których nie zamieniłabym na nic innego!

Termin porodu wg daty zapłodnienia wyliczyliśmy na 19 maja. 22 maja wypadał z terminu ostatniej miesiączki. Nie byłoby nic dziwnego w tych datach, gdyby nie to, że mój mąż w dniach 21/22 maja miał być poza domem. Obojgu nam zależało, by mąż wziął udział w wydarzeniu, które odbywa się raz na cztery lata. Byliśmy oddaleni od siebie tylko, albo aż 1,5 godziny drogi samochodem. Tak szybkie porody są tylko na filmach, więc aż tak źle nie było. Bojąc się jednak i mimo wszystko porodu w czasie, gdy będziemy daleko od siebie, bardzo staraliśmy się o szybszy poród. Mycie okien, balkonu, schodzenie z 63 pięter w dół i inne pomoce były w ruchu każdego dnia. Jednak skurcze nie dawały za wygraną. Ich intensywność była tak delikatna, że aż zniechęcająca. Kiedy w czwartek mąż wyjechał, spędziłam cały dzień z Matim (naszym dwulatkiem) w łóżku, żeby przypadkiem nie urodzić.

W piątek po porannej drzemce zabrałam się za rutynowe, cotygodniowe sprzątanie. Towarzyszyły mi przez cały dzień niewielkie skurcze. Zrobiłam zupę na trzy dni, upiekłam dwa chleby i 1,5 blachy owsianych ciastek (przypomniało mi się, że na poród Mateuszka były a teraz ich nie ma, więc musiałam szybko je zrobić). Gdy przyszła godzina 18 dostałam od ukochanego SMSa, że już jest po konferencji i już jedzie. Oparłam się o ścianę czytając wiadomość, bo poczułam go… Poczułam silniejszy skurcz! Zrobiłam Mateuszkowi kolację, zjadł. Nalałam wody do wanny. Mati się kąpał a ja obok niego siedziałam na piłce opierając się o zlew czując, że moje siły nie są już takie, jak bym chciała. Co jakiś czas Mateusz mówił „Mamusia, nie płacz”. Mati jest taki kochany… Gdy czytałam wieczorną bajkę nie umiałam już wysiedzieć podczas skurczy. Mati zasnął. Jedno zadanie wykonane. Pora na następne!

Uprzedzając telefony z serii “Cześć! Dzwonię zapytać czy już urodziłaś”, zadzwoniłam do rodziny mówiąc, że idę spać i mają mnie nie budzić telefonami. Zadzwoniłam do znanej już nam położnej. Powiedziała, że jak będę chciała, żeby przyjechała, to mam dzwonić. Wrócił Łukasz i dając buziaka na przywitanie (nie zdążył ściągnąć jeszcze butów) a ja już byłam po fali 3 skurczy. Dzwonimy do położnej! “Przyjedź, bo się rozkręcamy.” Rozmawiamy z mężem, śmiejemy się, opowiadamy co się przydarzyło przez ostatnie dwa dni. Zajadam jogurt z karobem. Położne już są. Słyszę jak szeptają do siebie, że świetnie sobie radzę. Przecież ja nic nie robię… Ja tylko przytulam się do Łukasza podczas każdego skurczu. Rozwarcie na 4. Zaczyna mi być niedobrze. Łukaszek robi mi czarną herbatę, nawet dwie. Pomaga i stawia na nogi.

Idę do wanny. Jest mała, więc nie mogę się tam ruszać, ale jest przyjemnie. Słyszę jak mąż zabawia położne opowiadając jakieś żarty. Panuje bardzo wesoła atmosfera. Za moją i położnych namową Łukasz idzie spać. Ma zbierać siły na jutro. My spać nie idziemy. Żartujemy, gramy w Carcassonne (gra planszowa), bawimy się z kotem, rozmawiamy o tym, co przydarzyło się nam przez dwa lata, kiedy to się nie widziałyśmy. Ja prawie cały czas biegam. W czasie skurczu chodzę po korytarzu a pomiędzy uprawiam coś na wzór aerobiku. Na wzór, bo na aerobic chodziłam tylko w podstawówce. Żartujemy, że jak tak dalej pójdzie, to dziecko wypadnie mi na podłogę! Wpadamy na pomysł rozłożenia chusty do noszenia dzieci między moimi nogami, żeby w czasie biegu dziecko od razu do niej wpadło. Porzucamy jednak pomysł do szuflady z napisem “żarty”.

Dookoła jest tak cicho, ale u nas tak śmiesznie a jednocześnie równie spokojnie. Około drugiej nad ranem brakuje mi sił. Rozwarcie 7,5. Chce mi się spać. Kładę się. Skurcze są słabsze i rzadsze. Zasypiam między skurczami. Mąż nadal śpi. Położne rozłożyły się na kanapie, też już są zmęczone. Po dwóch godzinach idę do kuchni wypić herbatę i zjeść świeży chlebek z kiszonym ogórkiem i masełkiem. Znów zasypiam, tym razem nad blatem w kuchni. Budzą mnie coraz silniejsze skurcze. Żalę się położnym, które radzą, żeby dać czas maluszkowi. Masują, zachęcają do snu między nimi. Znów zasypiam, by się obudzić. To był najtrudniejszy moment. Jęczę, że już nie chce, że skurcz ma sobie pójść.

Około 4.30 idę z płaczem do Łukasza. Chcę, żeby mnie przytulił. W międzyczasie położne składają sofę i robią herbatę. Jedna z nich radzi, bym chodziła i na skurcz kucała. Zaczyna bardzo boleć. Krzyczę. Budzę Mateuszka. Łukasz idzie do niego. Ja znów krzyczę. Mati płacze „Mamusia, mamusia” – słyszy, że coś nie tak. Po skurczu idę do niego. Uśmiecham się i mówię, że wszystko dobrze, że dziś wyjątkowy dzień i może zacząć poranek od ciasteczka (dobrze, że dzień wcześniej je upiekłam!).  Mati wita się z położnymi. Idą do drugiego pokoju się bawić. Mąż tłumaczy dwulatkowi, że dzidziuś wychodzi z brzuszka. Mati już nie płacze jak krzyczę, tylko spokojnie się bawi. Nagle słyszę jak woła „kupę zlobić” i idą do łazienki. Nie pasuje mi to, bo muszę siku. Wchodzę do łazienki i widzę Mateusza z ciastkiem na kibelku. To byłoby na tyle z wychowania! 🙂

Patrząc na ten obrazek zawracam, bo idzie skurcz, łapie się położnej i zaczynam przeć… Czuję główkę między nogami. Jak to? To już?! „Sandra chodź na krzesełko” (takie specjalne porodowe w kształcie litery C). Myślę, że jest za daleko i nie dam rady. Słyszę tylko „nie przyj, poczekaj”, ale to takie silne. Nagle patrzę w dół, między nogi i widzę… Kota, który ułożył się pod krzesełkiem na przygotowanej foli, która ma zabezpieczyć naszą podłogę. Znów wszyscy wybuchamy śmiechem! Zabierają kota. „Sandra jeszcze nie przyj, czekaj” i… wyszedł ten nasz mały Hugo na świat.

Przychodzą chłopaki do pokoju. Tata szczęśliwy, widać te błyszczące oczy. Mati natomiast ma minę odrobinę zszokowaną, jednak szybko mówi o tym, że dzidziuś wyszedł i Matuś mu pomógł. Dobrze, że tak się stało – przecież bez Mateuszka poród zupełnie by się nie udał! Idę się położyć do naszej sypialni. Leżę z Hugo i śpiewam… Płacze odkąd wyszedł z brzuszka, ale uspokaja go ulubiona ostatnimi czasy kołysanka Mateusza. W końcu Hugo postanawia napić się mleka i widzę jeden z najsłodszych obrazków świata. Już wiem co to znaczy miłość od pierwszego wejrzenia!

5 1 głos
Ocena wpisu
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze