Historia narodzin małego Benia

Nigdy więcej ciąży latem! To były słowa, które powtarzałam do znudzenia. Od momentu trzeciego trymestru miałam wrażenie, że urodzę już i zaraz, albo nawet natychmiast. Moja miłość do lata objawiała się spaniem na balkonie przyjaciółki, u której byliśmy, moczeniem się w jeziorze w ubraniu nie przejmując się, że nie mam stroju kąpielowego ani ubrań na zmianę i takie tam inne ciążowe wybryki…

Kiedy już dotrwałam jednak do terminu porodu, złapało całą naszą rodzinę gigantyczne przeziębienie. Ja, jak to ja, oczywiście chorobę zniosłam najgorzej. W takim stanie nasz poród domowy po raz kolejny stał pod dużym znakiem zapytania. Modlitwa i czosnek jednak robią swoje! Plan był taki: Zdrowieję do czwartku. W piątek sprzątamy dom, w sobotę odpoczywamy a w niedzielę rodzimy. Jednak, jak to z porodami bywa, w piątkowy ranek idąc do toalety nie byłam pewna czy ja w zasadzie robię siku, czy jednak odchodzą mi wody. Wracając do łóżka zaczynałam czuć skurcze.

Dwie godziny później dzwonię do położnych, by zdać relację i przygotować ich na ewentualny przyjazd. Podczas porodów domowych opiekę sprawują dwie położne, chyba że coś się wydarzy. I tak było właśnie tym razem. Jedna z naszych ukochanych położnych miała w tym dniu pogrzeb swojego taty. Nie wiadomo było do końca czy zdąży przyjechać.

Na śniadanie zjedliśmy jajecznicę. Duża ilośc pomidorów i szczypiorku to coś, co kochamy wszyscy (no prawie, Hugo tylko nie lubi szczypiorku). Po śniadaniu plan był następujący: chłopaki sprzątają dom, jak zwykle w piątki. Ja w tym czasie będę sobie rodzić. Wygrzebując resztki z talerza miałam już wielką ochotę na przygotowanie sobie swojej enklawy na poród. Zamknęłam się w sypiani i zaczęłam wietrzyć, ścierać kurze, zmieniać pościel. Chciałam już teraz, jak najszybciej wszystko zrobić. Przez mega dużą ilość ruchu skurcze bardzo przyspieszyły, pojawiając się co cztery minuty. Łukasz, mój mąż, każe mi w końcu usiąść i się nie ruszać, bo dom jeszcze nie posprzątany a poród postępuje za szybko. Siadam więc na pożyczonej od mojej fit babci piłce.

Wiem, że nigdy nie byłam tak przygotowana do porodu, jak teraz. Wiem co i jak i wszystko jest doskonale zaplanowane. Czuję się zaskoczona porą rodzenia. Poprzednie moje dzieci rodziły się zawsze nocą a tu taka niespodzianka, poród za dnia! Otulam się kocem, cieszę jesiennym słońcem za oknem. Planowałam spacer, ale jednak nie dam rady wejść na trzecie piętro. Zostaję tu i z mojego miejsca obserwuję latające ptaki po niebie.

Przy poprzednich porodach było mi dobrze być blisko Łukasza i opierać się na nim. Tym razem jednak jakoś tak raźniej mi było samej. Dobrze nam było ja, maluszek i skurcz. Łukasz był z chłopakami cały czas blisko, czasem wszyscy wchodzili do pokoju i coś pokazywali lub rozmawiali. Szybko musiałam wprowadzić zasadę “Nie mów do mnie podczas skurczu”, bo nic tak nie irytuje jak trzech facetów, którzy chcą coś od Ciebie, gdy tak zarąbiście boli!

Chłopcy rysują rysunki dla nowego brata, mąż czyści mieszkanie na błysk, czasem dopytując co gdzie leży i co trzeba jeszcze zrobić. Czasem ja wkraczałam do akcji i oceniam sytuację oraz postęp sprzątania. Były chwile załamania, szczególnie gdy zobaczyłam pokój chłopców! Gdy tylko skończył mi się skurcz wyraziłam ostro swoje zdanie na temat bałaganu, kiedy na świat przychodzi nowy członek rodziny. Tak gderałam w niebogłosy aż do następnego skurczu. Po nim dałam sobie spokój i postanowiłam pochodzić po korytarzu w tą i z powrotem pamiętając, że przy narodzinach Hugo chodzenie podczas skurczu było całkiem, całkiem pomocne. Tu jednak tak nie jest. Postanawiam wziąć prysznic i to jest to, co zapewnia mi ulgę.

Do mojej głowy od czasu do czasu docierały wieści o duchowych porodach. Porodach, w których kobiety myślą o męce Chrystusa lub takich, gdzie ktoś za kogoś ofiarowuje swój ból. Słyszałam o kobietach, które planowały się modlić podczas porodów a szczególnie skurczy. Nigdy nie myślałam o porodzie w tej kategorii. Nie myślałam, nie planowałam a samo wyszło. To, co niezwykłego towarzyszyło niemal każdemu skurczowi, to mój śpiew. Musicie wiedzieć, że ja ogólnie źle nie śpiewam, ale bardzo mnie to stresuje. To, jak ja śpiewam wiem tylko ja i moje dzieci. Przy reszcie osób zawsze głos mi się załamuje.

Podczas porodu miałam jednak gdzieś to, kto mnie słyszy i co słyszy. Śpiewałam tak, jak naprawdę umiałam i tak jak chciałam. Było to wielkim zaskoczeniem dla mojego męża. Nie wiedział, że potrafię tak czysto i głośno śpiewać! Tadam!!! A ja do znudzenia na każdym skurczu śpiewałam “Cudowną Bożą łaskę” i starą pieśń “Kiedyż, kiedyż ujrzę Pana”. W praktyce wyglądało to tak, że na piłce otulonej szarym kocem siedziałam ja w niebieskiej sukience i jak tylko pojawiał się skurcz na całe gardło śpiewałam:

O, Boże dzięki, dzięki Ci
Za cudną łaską Twą!
Do nóg Twych padam w kornej czci,
Niebiosa chwałą brzmią!

Cudowna Boża łaska

Czułam obecność Ducha Świętego i aniołów w naszym domu. W pewnym momencie, gdy skurcze coraz bardziej nasilały się, włączyłam płytę “Błogo” Agnieszki Musiał. Mąż stwierdził, że to najwyższa pora, bo pewnie zaraz zacznę krzyczeć i dzięki temu sąsiedzi nie będą słyszeć :). Ja sama natomiast śpiewałam z Agnieszką, odnajdując się w każdej piosence i widząc alegorię do porodu, tego kim jestem i jaka jestem oraz jaki mam pomysł na życie. Ach, do dziś niezwykle przeżywam całą tą płytę, wspominając momenty skurczy, gdy łapałam jedną ręką nogi od biurka, drugą łóżka a nogi układając w siadzie skrzyżnym (tak, dalej siedząc na piłce) i nucąc całą płytę Błogo.

Było naprawdę niezwykle i jestem chętna przeżyć to jeszcze raz! Śpiewanie stawało się coraz trudniejsze, kolejny prysznic nie przyniósł też za wiele ulgi. Staram się nucić na skurczach, ale i to nie wychodziło. W międzyczasie chłopcy zjedli obiad. Ja nie miałam ochoty, ale pomogłam zrobić im gar zupy z mrożonki przygotowanej właśnie na tę porę. Rozmawiamy z położną. Ustalamy, że skoczy do okolicznego miasta z córką i jedzie do nas. Czekamy. Robi się nie do zniesienia. Dostaję od chłopców serduszko zrobione z drucika. Bardzo chcę ich przytulić, ale nie mam już sił. Łukasz czyta plan porodu i każe mi pić wodę, bo w planie napisałam, że mają mi o tym przypominać. Zasłania też zasłony, bo o tym też wspominam. Dba o najdrobniejszy szczegół, mój ukochany.

Odzywa się telefon. Bożenka, nasza położna już jest, wchodzi na górę. Położne też mają porodowe torby tyle, że z całym sprzętem i wszystkim, co potrzeba. Wchodzi więc Bożenka i jej torba oraz porodowe niskie krzesełko w kształcie rogala. Po badaniu wiemy, że jest 9 cm rozwarcia. Wracam na piłkę i robię na niej to, co do tej pory tyle, że już nie śpiewam. Bożenka uzupełnia dokumenty przy naszym biurku, chwilę później jednak masuje mi plecy. Skurcze mijają, ale ból w plecach zostaje. Położna i mąż namawiają mnie, bym coś zjadła. Nie mam ochoty jednak przypomina mi się, że w zamrażarce jest jeden samotny sorbet mojego męża, którego kiedyś nie zjadł. Chwilę później sorbet jest w moim brzuchu a ja czuję, że dostałam super mocy! Bożenka zakłada mi skarpetki najpierw jedną, przerwa na skurcz i druga skarpetka.

Jest mi ciepło i zimno jednocześnie. Ponoć to normalne, choć abstrakcyjnie śmieszne. Nastaje ten super moment w porodzie, gdy zostaje włączony piekarnik. Lubię ten moment! Oznacza, że już za moment maluch wyjdzie na świat a pieluszki grzeją się we wnętrzu piekarnika, żeby znaleźć się na ciepłym ciałku naszego małego chłopczyka. Łapie mnie naprawdę mocny skurcz. Bożenka radzi bym przeszła na krzesełko. Za mną siada Łukasz obejmując mnie. Mogę przeć jeśli mi ciężko, korzystam z tego! Słyszę jak Łukasz prawi wywód, że nie miał pojęcia ile ja mam siły. A ja tylko trzymam go mocno za dłonie podczas skurczu, ot tak sobie trzymam ;). Słyszę, że to już nie pora na parcie choć bardzo bym chciała… “Sandra, On jest w czepku urodzony!” – słyszę z ust Bożenki. Chcę to zobaczyć, nie mam siły i już nie muszę mieć, bo trzymam go na rękach!

Nasz maluch płacze. Łukasz już ma teorię, że to płacz na głód i on na pewno po porodzie byłby godny. Przybiegają starsi chłopcy. Nieśmiało zaglądają do sypialni. Zapraszam ich, żeby weszli. Zerkają na malucha, sprawdzają czy to na pewno chłopak. Mati przecina pępowinę mimo, że plan zakładał, że zrobi to Hugo (jednak się zawstydził). Chwilę później już znajdują “porodowe batoniki” (takie zbożowe – przeznaczone na czas porodu) i nieśmiało pytają, czy mogą je zjeść mimo umytych zębów. Oczywiście się zgadzamy i chłopcy siadają na naszym łóżku patrząc jak tulimy Benia.

W tym czasie jednocześnie rodzi się też łożysko, które po zjedzeniu batoników chłopcy oglądają z odrobiną zaciekawienia, ale i odrobiną obrzydzenia :). Lądujemy z Beniem na łóżku. Chłopcy karmią mnie batonikiem. Łukasz grzeje parówki sojowe (to u nas dobro luksusowe). Benio też zaczyna jeść. Wszyscy jedzą z mojego talerza (no poza położną). Benio jest mierzony i ważony. Zdrowy, silny chłopczyk! Starszaki zmykają spać a my żegnamy Bożenkę. Znów nastaje ten moment, w którym niby wszystko jest po staremu, jak dobę wcześniej, a jednak jest ktoś, kto jeszcze przez wiele, wiele dni będzie rozpychał się na łóżku między mamą a tatą.

I tak właśnie staliśmy się rodziną wielodzietną…!

4 7 głosy
Ocena wpisu
guest
2 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Monika
Monika
1 miesiąc temu

To bardzo ciekawe. Taki poród w domu, wśród bliskich, w ulubionym i znajomym otoczeniu….. obok mąż i w ogóle. I to serduszko z drucika