(Nie)zwykła historia cz 6.

Wojtek

Nasz przyjaciel Zbyszek załatwił mi pracę przy remoncie domu. Praca była na Pomorzu, w okolicach Piły, więc musiałem wyjechać z domu na miesiąc. Ciężko mi było rozstać się z rodziną na tak długi czas. Cieszyłem się jednak, że miałem możliwość zarobić trochę grosza, tym bardziej, że kilka miesięcy temu zepsuła nam się pralka i przydały by się pieniądze na nową. Zbliżała się również zima i w tym roku wyjątkowo nie przygotowałem opału. Nie mieliśmy po prostu na to pieniędzy. Pan dał nam pieniądze i na pralkę i na opał. Zawsze się troszczy o nasze potrzeby i nigdy nas nie zawiódł. Ale historia miała być o Wojtku, a nie o pralce.

Wracałem  po zakończeniu pracy do domu. Pojechałem z plecakiem na dworzec PKP w Złotowie. Było około godziny 14. Okazało się, że pociąg do Piły będę miał dopiero o godzinie 19:30. Miałem więc dużo czasu. Pomyślałem, że posiedzę trochę w poczekalni, później pójdę do sklepu, może zwiedzę stare miasto. Tymczasem jednak siedziałem z plecakiem na dworcowej poczekalni. Było to niewielkie pomieszczenie, z jednym wyjściem, dwiema ławkami pod ścianą i okienkiem kasy, w tej chwili zamkniętej. W poczekalni, ani na dworcu i peronach nie widać było żadnych ludzi. W kasie również nie zauważyłem nikogo. Siedziałem więc sam i dla zabicia czasu czytałem ulotki reklamowe PKP. Po jakimś czasie znudziło mi się to i postanowiłem pójść do pobliskiego sklepu po jakieś zakupy na podróż. Zanim wstałem do poczekalni wszedł młody człowiek około 20 lat. Był wysoki, dobrze zbudowany i łysy. Po bliznach na jego twarzy zorientowałem się, że lubi bójki. Ubrany był w czarną kurtkę. Ja byłem od niego dużo drobniejszy. Podejrzewałem, że moje senne oczekiwanie na pociąg właśnie się zakończyło. Słyszałem o takich ludziach, że są bardzo agresywni i brutalni. Pomimo swojego groźnego wyglądu, człowiek ten nie zachowywał się agresywnie. Na razie. Siedzieliśmy w milczeniu przez chwilę, po czym odezwał się i zapytał czy nie dałbym mu trochę wody. Dałem mu butelkę a on przelał trochę do swojej. Zapytał czy wiem po co mu woda. No chyba pić ci się chce. Nie, muszę sobie rozcieńczyć denaturat. Zrobił to. W międzyczasie opowiadał, że jest kucharzem, czeka na pracę na statku, ma na imię Wojtek, lubi pić denaturat i bić ludzi. Pomyślałem sobie, że robi się nieciekawie i trzeba się szybko ewakuować, zanim denaturat zacznie działać. Jednak co miałem zrobić? Rzucić się do ucieczki? Dopadłby mnie zanim dobiegnę do drzwi. Krzyczeć? Nikogo nie było w pobliżu. Sytuacja stawała się coraz bardziej niepokojąca. Jednak przez cały czas rozmowy nie bałem się Wojtka. Bóg w jakiś sposób zablokował mi strach. Czułem grozę sytuacji, ale zachowywałem się spokojnie. Stwierdziłem, że muszę iść do sklepu i zacząłem się zbierać. Wojtek zapytał, czy kupiłbym mu denaturat. Odmówiłem. Ale obiecałem, że mogę mu kupić jakie jedzenie lub wodę. Nie chciał. Zapytał, czy mógłbym mu kupić bilet do Piły. Obiecałem, że jak wrócę to mu kupię ten bilet. Wyszedłem spokojnie z poczekalni i wolnym krokiem skierowałem się do pobliskiego supermarketu. Cieszyłem się, że udało mi się wyrwać z tej poczekalni. Wiedziałem, że w końcu będę musiał przyjść na ten dworzec, ale postanowiłem zrobić to jak najpóźniej, tuż przed odjazdem mojego pociągu. Miałem jeszcze około 4 godzin. Poszedłem więc do sklepu, zrobiłem potrzebne zakupy, obejrzałem wszystko baaardzo dokładnie, żeby stracić jak najwięcej czasu. Jednak ile można siedzieć w supermarkecie? Po godzinie poszedłem więc na stare miasto i tam też wszystko obejrzałem baaardzo dokładnie, zjadłem kanapki. W końcu o 19 wiedziałem, że muszę jednak wracać na dworzec. Miałem nadzieję, że Wojtek przez ten czas sobie poszedł i uwolnię się od niebezpiecznego kolegi. Ku mojemu zaskoczeniu Wojtek niestety był. Pocieszyła mnie świadomość obecności innych ludzi, którzy pojawili się na peronie. wiedziałem jednak, że to marna gwarancja bezpieczeństwa. Wszedłem więc do poczekalni i zgodnie z obietnicą poprosiłem o dwa bilety do Piły. Miałem nadzieję, że dam bilet Wojtkowi i będę miał go “z głowy”. On pójdzie w jeden koniec pociągu, ja w drugi i będę miał spokój. Kasjerka podaje mi jeden bilet, czekam na drugi a pani stwierdziła, że wydrukowała na jednym. NA JEDNYM! Nogi się pode mną ugięły. Teraz już nie mogłem się uwolnić od Wojtka. Byliśmy na siebie skazani i musieliśmy się trzymać razem. Bardzo mi się to nie podobało, ale zacząłem podejrzewać, czy to nie Pan zorganizował to spotkanie. w oczekiwaniu na pociąg zaczęliśmy z Wojtkiem rozmawiać. Zaczął opowiadać o przyczynach swojego upodobania do denaturatu. Kilka lat temu umarła mu narzeczona, i że nie widzi dalszego sensu życia bez niej. Chciał się zapić na śmierć. Zaczął mi opowiadać o swoim życiu. I nagle zrobiło mi się go żal. W tym wielkim, łysym, groźnym człowieku był malutki i przestraszony człowieczek. Tera już wiedziałem, że nie bez powodu połączył nas Bóg. Zacząłem Wojtkowi opowiadać o mojej nadziei, pokoju i radości z przebywania z Bogiem. Słuchał tego z zainteresowaniem. Na początku nie wierzył, że Bóg może być zainteresowany jego życiem, ale w miarę jak rozwijała się nasza rozmowa chyba zaczął pragnąć Boga. Dalsza rozmowa już w pociągu nadal toczyła się wokół Boga. Już nie ciążyła mi obecność Wojtka, poczułem do niego sympatię. Dziwnie musieliśmy wyglądać. Ja niewielki, szczupły człowiek pocieszający wysokiego i dobrze zbudowanego faceta. Ludzie w pociągu zerkali na nas ze zdziwieniem, a my nie zważając na innych dyskutowaliśmy. Po krótkiej podróży (około 20 min) musieliśmy się rozstać. Wojtek został w Pile, ja pojechałem dalej. Do domu, gdzie czekała na mnie z utęsknieniem żona i mój mały synek. Mogli się nie doczekać, gdyby sytuacja z Wojtkiem rozwinęła się inaczej. Wyglądał naprawdę groźnie. Bóg jednak nie tylko uratował mnie przed Wojtkiem, ale również Wojtka przed nim samym. Mam nadzieję, że wlałem trochę wiary i nadziei w jego serce, i że on z niej skorzysta.

Co to były za ogórki!

W maju jak co roku szaleństwo ogródkowe. Aby mieć świeże rzodkiewki, sałatę, ogórki i inne warzywa trzeba się nieźle napracować. Ale najpierw siew. W tym roku ponieważ chciałam mieć dużo ogórków kupiłam aż 5 torebek nasion. Zadowolona posiałam nasionka (niestety zmieściły mi się tylko 4 torebki) i okryłam agrowłókiną aby nie zmarzły. I czekałam. 

Tak mijały tygodnie. Co jakiś czas zaglądałam pod spód włókniny w poszukiwaniu śladów naszych przyszłych ogórków a tu nic. W końcu są! Dwie roślinki! Cóż z 4 torebek to trochę mało. Co się stało? Wydawało mi się, że zrobiłam wszystko co potrzeba, a tu taka niespodzianka. 

Nie było na co czekać. Był już lipiec, więc szybko wysiałam tę ostatnią torebkę nasion. Wzeszły. To już coś. I wydały plon. Ale to były ogórki! Ogórki, ogórki, ogórki. Z tego jednego siewu mieliśmy ogórków na całe późne lato i zrobiliśmy masę przetworów, nie tylko my, ale jeszcze dwie rodziny. 

Coś takiego może wymyślić tylko Bóg. To przecież od Niego zależy, co i kiedy urośnie. My musimy tylko siać i nie martwić się o wzrost. 

To samo jest z głoszeniem prawdy o Nim. Nie mogę zrobić nic, żeby ludzie się nawrócili. Mogę tylko opowiadać, opowiadać, opowiadać a wzrost może dać tylko On. I to jest dobre. 

Sekator. 

Jak co roku, gdy przychodzi okres zimowy, trudniej jest znaleźć pracę. W tym roku dzięki Bogu dostałem zatrudnienie przy pielęgnacji sadu. 

Praca zaczęła się już od 1 grudnia. Przepracowałem tydzień (5 dni) i cieszyłem się, że zarobiłem już na sekator potrzebny do pracy. Sekator taki kosztuje około 200zł, więc prawie cały tygodniowy zarobek (260zł) wydałem na jego zakup. Następny tydzień miałem pracować na zakupy żywnościowe na cały miesiąc. W poniedziałek pojechałem do pracy, we wtorek padał deszcz, w środę padał deszcz a w czwartek okazało się, że jestem przeziębiony. Martwiłem się, że nie będzie pieniędzy na zakupy, ale nie chciałem iść do pracy chory, żeby nie pogorszyć swojego stanu. Zastanawiałem się, co zrobimy z zakupami, produkty żywnościowe już się kończyły, a ja nie miałem pieniędzy na zakup następnych. 

Minął czwartek i piątek, a w sobotę lokalny kościół oświadczył nam, że przyznał nam pomoc finansową w kwocie 300 zł. Mieliśmy już za co zrobić zakupy na kolejny miesiąc. Pan zatroszczył się o naszą rodzinę kolejny raz. 

Aparat

Na początku ubiegłego roku, ponieważ dochód ze sprzedaży zdjęć nawet w części nie zaspokajał naszych potrzeb postanowiłem, że nie będę tego roku fotografował, a raczej zajmę się pracą fizyczną. Od lutego pracowałem w sadzie przy pielęgnacji drzewek, później przy zbiorze rabarbaru, truskawek, malin itd. Szkoda mi było, że marnuję swój talent i że jestem zmuszony do pracy niezgodnej z moimi zdolnościami. W dodatku za jakiś czas zepsuł mi się aparat. Już nie tylko nie chciałem, ale i nie mogłem robić zdjęć. Odebrałem to jako znak, że mam nie zajmować się już fotografią zawodowo. Skupiłem się więc na pracy przy zbiorach owoców. 

Nasza sytuacja materialna poprawiła się, starczało pieniędzy na opłaty i skromne jedzenie. Zarabiałem około 800 zł na miesiąc i po długim czasie braku pracy byłem bardzo zadowolony z tych zarobków. 

Około października zaczęliśmy się z żoną zastanawiać, że chyba nie jest Bożą wolą, abyśmy dalej tak żyli. Starczało nam co prawda pieniędzy na opłaty i jedzenie, ale utrzymanie rodziny wymaga więcej nakładów. Nie mieliśmy pieniędzy na przybory szkolne dla dzieci (dzięki Bogu dostaliśmy jednak stypendium, które nam to umożliwiło), kończyły się nam skarpetki itp. i nie mieliśmy opału na zimę. Postanowiliśmy jeszcze raz spróbować z fotografią. Tym bardziej, że co jakiś czas dostawałem zamówienia na zdjęcia, których nie mogłem zrealizować z powodu braku aparatu. Pomyślałem, że jeśli Bóg chce, abym znowu robił zdjęcia, to da mi pieniądze na aparat. Modliłem się w tej sprawie i pytałem o Boże plany względem mnie. Postanowiłem, że jeśli Bóg da mi jakieś pieniądze ze zdjęć, to chciałbym je w całości przeznaczyć na nowy aparat. 

Długo nie czekałem na odpowiedź. W ciągu dwóch tygodni odezwało się wydawnictwo z którym współpracuję i przesłali mi zapotrzebowanie na zdjęcia. Wiele z nich miałem w archiwum, więc ne zachodziła potrzeba fotografowania. Nagrałem zdjęcia na CD i wysłałem. 

Po kilku tygodniach okazało się, że wybrali wiele moich zdjęć, jednak dokładnie nie wiedziałem ile. Sprawa zakończyła się w kwietniu, kiedy wypłacono mi pieniądze za zdjęcia. Suma przeszła moje oczekiwania – 6300 zł. Tak jak obiecałem całą kwotę przeznaczyłem na nowy sprzęt fotograficzny. Kupiłem aparat  Nikon D 80, dwa obiektywy, statyw, plecak i kartę pamięci.

Klucz do campingu.

Byłem w Swecji z moim bratem Pawłem i dwiema osobami w poszukiwaniu pracy. Jeździliśmy samochodem po całej Szwecji w poszukiwaniu borówek i grzybów. Spaliśmy w campingach, codziennie w innej miejscowości. 

Pewnego dnia mieliśmy udać się do oddalonego o 200 km campingu. Po drodze wchodziliśmy do lasu i szukaliśmy grzybów. Dojechaliśmy na miejsce około godziny 17 i okazało się, że camping jest nieczynny. Postanowiliśmy poszukać innego, ale w promieniu 40 km nic nie znaleźlilismy. Była już godzina 18, a my nie mieliśmy gdzie spać. Zrobilo się ciemno i zimno. 

Postanowiliśmy dojechać do większego miasta i próbować dzwonić do campingów. Mieliśmy tylko kilkanaście impulsów na karcie, ale zaczęliśmy dzwonić. W jednym miejscu nikt nie podnosił słuchawki, w drugim połączyliśmy się z automatyczną sekretarką i straciliśmy kilka impulsów. w trzecim było juz nieczynne itd. Po kilku telefonach w końcu trafiliśmy na czynny camping. Właściciel spisał dane mojego brata (on rozmawiał, bo zna angielski) po czym stwierdził, że moze nam wynająć domek, ale jutro, bo dzisiaj jest już nieczynna recepcja. Nie pomogły nasze przekonywania, że my dzisiaj nie mamy gdzie spać. Właściciel stwierdził, że dzisiaj nic nie załatwimy. Byliśmy zrozpaczeni. Była godzina 19.30 a my nie mieliśmy noclegu. Nasza sytuacja pogorszyła się, gdy stwierdziliśmy, że nasza karta telefoniczna nie nadaje się już do użytku. Nasz rozmówca wygadał nam wszystkie impulsy. 

Sytuacja stała się beznadziejna. Było już całkiem ciemno i temperatura spadła do 5 stopni. Nie mogliśmy nigdzie zadzwonić, bo nasza karta była zużyta i nie stać nas było na następną. Byliśmy załamani. Pomodliliśmy się z Pawłem i wrócilismy do samochodu. 

Postanowiliśmy pojechać na camping, z właścicielem którego rozmawialiśmy przez telefon. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się jednak coś załatwić. Właściciel jednak miał rację – recepcja była nieczynna i nie znależliśmy nikogo, kto mógłby nam pomóc. Zjedliśmy w samochodzie kolację i czekaliśmy nie wiadomo na co. 

W końcu doszliśmy do wniosku, że bez sensu tak siedzieć w aucie i marznąć. Odpaliłem silnik i ruszyłem w stronę następnego miasta, do którego mieliśmy zamiar jechać jutro. Przy wyjeżdzie było 5 stacji benzynowych, jedna za drugą. Minąłem 2 i wpadłem na pomysł, że możemy spróbować zadzwonić bez karty, licząc na uprzejmość obsługi stacji. W czasie, gdy o tym rozmawialiśmy minąłem następną stację. Do następnej miałem zamiar skręcić, ale w ostatniej chwili przegapiłem wjazd. Została nam ostatnia stacja benzynowa. Zatrzymaliśmy się na niej i Paweł poszedł zadwonić. Czekaliśmy w aucie zniechęceni i bez nadziei. 

Paweł wrócił bardzo szybko i wsiadł do samochodu. Po chwili zapytał, czy wierzymy w cuda. Opowiedział nam co się wydarzyło na stacji. Wszedł i zapytał obsługę czy mógłby skorzystać z telefonu. Pracownik stacji zapytał Pawła jak się nazywa. Zdziwiony odpowiedział, a tamten wyciągnął kopertę z jego nazwiskiem. W kopercie był klucz do domku na campingu do którego mieliśmy zamiar dzwonić. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Byliśmy wstrząśnięci i do oczu cisnęły się łzy. Czy to był zbieg okoliczności? Nie umawialiśmy się z właścicielem, że zostawi dla nas klucz. Czy przypadkiem minąłem wszystkie stacje i zatrzymałem się akurat w tej?  

Bóg musiał kierować tymi wydarzeniami. Z drżacymi sercami i kluczem od domku pojechaliśmy jeszcze raz na camping na którym niedawno byliśmy. Odszukaliśmy domek i z niepewnością czy aby na pewno klucz pasuje do zamka otworzyliśmy drzwi. Bylismy uratowani. Mieliśmy gdzie spać. Była godzina 22. 

I pomyśleć, że przesiedziliśmy w aucie prawie godzinę stojąc 50 m od naszego domku. Bóg ma poczucie humoru. 

Wyprawka dla dziecka. 

Mieliśmy już dwoje dzieci, i to dość dużych dzieci (Ewa miała 12 lat a Jeremiasz 10) gdy okazało się, że będziemy mieli trzeciego dzidziusia. Choć przez cały okres ciąży bardzo źle się czułam, cieszyliśmy się każdym ruchem dziecka i rosnącym brzuszkiem. 

Przyjaciele z Kołobrzegu i inni obiecali nam pomoc przy kompletowaniu wyprawki, więc choć nie mieliśmy pieniążków zbytnio się nie martwiliśmy. 

Tymczasem termin porodu się zbliżał, a przyjaciele milczeli. Zaczełam się na dobre martwić. Miałam 2 miesiące do porodu, lekarz straszył, że może prędzej a ja miałam dosłownie kilka ubranek, które pozostały po Ewie i Jeremiaszu tylko dlatego, że nosiła je lalka. A tu oprócz ubranek trzeba przecież mieć i wózek i łóżeczko i tysiąc innych rzeczy. Prosiłam Boga o pomoc, bo na nikogo innego jak się okazało nie mogłam liczyć. Upłynęło wiele dni, wiele modlitw i łez. Jeszcze nigdy nie byłam w tak beznadziejnej sytuacji. Przykro mi było, bo gdy moje bliższe lub dalsze znajome miały urodzić dziecko, to stawałam na głowie i znajdowałam ubranka dla ich dzieci. Teraz ja z dala od rodziny i przyjaciół potrzebowałam dla naszego bąbelka ubranka i czułam się jakby wszyscy ogłuchli. 

W naszym poprzednim kościele zrobiono zbiórkę i otrzymaliśmy 100 zł. Kupiliśmy za to wanienkę, suszarkę, nocnik, i paczkę pieluch. A we mnie krzyczało: A reszta? W co ubiorę mojego dzidziusia. Może owinę go pieluszką i ułożę w żłobie? Ciągle płakałam, czułam się jak w pułapce. Do porodu zostało 4 tygodnie. Byłam zrozpaczona. 

No i pewnego dnia się posypało. Najpierw Ania – siostra Grześka przysłała paczkę ubranek i przewijak po swojej córeczce Oliwii. Potem Kaśka (niezastąpiona) przysłała paczkę z ubrankami po Martynie (czekało to na naszego dzidziusia 11 lat) i ciocia Celina z Kraśnika załatwiła coś od swojej sąsiadki. 

I wreszcie przyszedł styczeń 2004. Pewnego poranka przyjechali (ponad 700km) nasi przyjaciele z Kołobrzegu. Był czas, kiedy oni i ich czworo dzieci przeżywali skrajną nędzę, ale Bóg wykorzystał nas, że byliśmy dla nich pomocą i wsparciem. I właśnie teraz stali się narzędziami w ręku tego samego Boga. Przejechali te 700 km po to, aby przywieźć nam łóżeczko, wózek, huśtawkę i ubranka, którymi obdzieliłabym jeszcze czwórkę innych dzieci. Ubranka, którymi tak się martwiłam miałam teraz w zapasie na trzy lata. Następnie moja ciocia ze Szczecina przysłała nam kolejną spacerówkę. Moja siostra Asia kupiła z mężem krzesełko do karmienia i podarowała mnóstwo zabawek. Również obie babcie obdarowały Filipa zabawkami i książeczkami. 

Czas, kiedy martwiłam się w co ubiorę naszego dzidziusia miałam poza sobą. A to wszystko dzięki Bogu. Wtedy też płakałam, ale już z wdzięczności. Filipek miał najwięcej i najładniejsze ubranka ze wszystkich naszych dzieci. Jako jedyny miał nowy, piękny wózek, huśtawkę i ogromne ilości zabawek. Był moment, że miał 3 wózki, 3 rowerki i 2 łóżeczka. To wszystko zapewnił mu Bóg i o tym chcę kiedyś Filipkowi opowiedzieć, żeby ufał w Bożą troskliwość bardziej niż ja. Na te wszystkie rzeczy nie wydaliśmy nawet jednej złotówki. 

Razowy chleb.

Jesteśmy rodziną, która stara się zdrowo odżywiać i żyć jak najbardziej w zgodzie z naturą. Od jakiegoś czasu leżała nam na sercu sprawa chleba. Wiedzieliśmy, że chleb, który spożywamy powinien być razowy, z dużą ilością błonnika i najlepiej żytni na zakwasie. Znaleźliśmy w sklepie taki chleb, ale niestety był bardzo drogi i nie zawsze było nas na niego stać. Kupowaliśmy go więc sporadycznie a przeważnie spożywaliśmy zwykły biały chleb. Męczyło nas to i po jakimś czasie postanowiliśmy kupować tylko chleb razowy, bez względu na wszystko. Prosiliśmy Boga o błogosławieństwo, abyśmy mogli pozwolić sobie na zdrowy chleb codziennie. Pan pobłogosławił nam, ale w sposób, którego nie braliśmy pod uwagę.

Przyszła nam do głowy myśl – czemu sami nie mielibyśmy piec takiego zdrowego chleba? Poszukaliśmy młyna, w którym moglibyśmy się zaopatrywać w mąkę razową i zaczęliśmy piec chleb. Co prawda dawno tego nie robiliśmy (w Dygowie kilka razy próbowaliśmy), ale chyba wyszedł dobrze, bo zachęciło to nas do dalszych działań w tym kierunku. Zaczęliśmy piec chleb regularnie. Początkowo był to chleb pszenny, bo tylko do takiej mąki mieliśmy dostęp, ale i tak byliśmy szczęśliwi i dziękowaliśmy Bogu. 

Po około roku Pan wylał na nas kolejne błogosławieństwo. Młynarz, u którego zaopatrywaliśmy się zawsze w mąkę zaczął mieć problemy z dostawą i musieliśmy na własną rękę szukać zboża. Kilka razy kupowaliśmy od jednego gospodarza ale i to się skończyło. Trudno było znaleźć rolnika, który zapewniłby nam zboże przez cały rok. I tak braliśmy raz od jednego, raz od drugiego. Było to kłopotliwe, bo nigdy nie wiedzieliśmy czy uda nam się dostać zboże. Nie martwiliśmy się jednak i nie dzieliliśmy się z nikim naszymi kłopotami.

Pewnego razu podszedł do mnie pewien człowiek i zapytał, czy nie chciałbym brać od niego pszenicy. Oświadczył, że ma pszenicę ekologiczną, bez sztucznych nawozów i nie pryskaną herbicydami. Miała być w tej samej cenie co ta, którą kupowałem do tej pory. Nie bardzo byłem chętny, bo co prawda chciałbym mieć zboże ekologiczne, ale musiałbym po nie jeździć kilka wiosek dalej. Umówiliśmy się jednak. Wzięliśmy pszenicę pierwszy raz i okazała się bardzo dobra. Już nie tylko jedliśmy chleb razowy, pieczony bez “polepszaczy”, to w dodatku z ekologicznej pszenicy. Nasz chleb był coraz zdrowszy.

Pan Bóg jednak nie poprzestał na tym. Po jakimś czasie okazało się, że i u tego człowieka pojawiły się problemy z ciągłością dostaw. Skończyła mu się pszenica. Miał natomiast żyto. Wiedzieliśmy, że chleb żytni jest zdrowszy, ale nigdy nie piekliśmy takiego. Pieczenie żytniego chleba jest bardziej skomplikowane i wymaga więcej umiejętności. Znalazł się jednak człowiek, który nauczył nas piec taki chleb. Okazał się dużo lepszy w smaku, dłużej zachowywał świeżość i na pewno był zdrowszy. Pan uczynił kolejny krok, aby nam pomóc w zachowaniu zdrowia. Jedliśmy chleb razowy, własnego wypieku, pszenno-żytni, na zakwasie.

0 0 głos
Ocena wpisu
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze